czwartek, 18 października 2012

Pokonani - 6. Do końca nie tak daleko. I nie tak blisko...


6. Do końca nie tak daleko. I nie tak blisko…


Otworzyłam oczy i zobaczyła biały sufit. Moim pierwszym skojarzeniem było skrzydło szpitalne, w końcu pamiętałam, że zemdlałam, jednak, gdy się rozejrzałam, zauważyłam mnóstwo regałów z substratami do podstawowych i bardziej zaawansowanych eliksirów. Usiadłam na brzegu kozetki, na której leżałam parę chwil wcześniej i zobaczyłam, że drzwi są otwarte. Byłam w kantorku Snape’a!
Severus Snape warzył na podwyższeniu jakiś eliksir. Już chciałam do niego podejść, ale zauważyłam, że w pierwszej ławce ktoś siedzi.
Ze zdumieniem odkryłam, że trwa lekcja.
Zastanowiłam się przez chwilę i z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, że nic mnie nie boli. Czułam się wręcz, jak nowonarodzono, jakby nałożono mi nową skórę. Dotknęłam swoich pleców na wysokości łopatek, zaciekawiona, jak on to zrobił, że nic nie czuję.
Jego powolne ruchy, gdy mieszał eliksir w kociołku i to, jak towarzyszą temu również powolnie napinające i rozkurczające mięśnie było niesamowite. Jego skupienie nad tym, co robi było niespotykane. Całkowicie się temu oddawał! Nawet na jego twarzy dało się zauważyć… Nie, nie…! To nie możliwe…! A jednak! Jeden z kącików ust był lekko uniesiony. UŚMIECH! Niespotykane… Pierwszoroczniacy, którzy aktualnie wypełniali Eliksirownię nie mieli szans tego zauważyć, natomiast ja, ucząca się  u niego eliksirów od siedmiu lat, tak. Wyglądał na starszego niż był w rzeczywistości. Tylko czarne oczy zdradzały prawdziwy wiek. Był ode mnie starszy o jakieś dwadzieścia lat. Jego zniszczona skóra na twarzy i rękach świadczyła o tym, że przeżył w życiu swoje i to chyba nie raz. Jego kruczoczarne włosy podrygiwały delikatnie, co było spowodowane zaklęciem sztucznego wiatru, który oczyszczał salę z okropnych oparów. Mogłam się tylko domyślać, że „produkują” Eliksir Bombaku, który zamienia pijącego w świnię. Typowy kawał dla pierwszorocznych, tchórzliwych uczniów, z których jeden zawsze, odkąd pamiętam decydował się być najodważniejszym i wypić eliksir, bez wcześniejszego wytłumaczenia profesora, do czego domniemany płyn służy.
Uśmiechnęłam się. Sześć lat temu, w naszej grupie Gryffindor- Slytherin zrobił to Edward. Wtedy znienawidził Drakona, który przezywał go od świń przez parę kolejnych lat. Teraz nie robi tego chyba tylko ze względu na mnie.
Dochodził do mnie zapach mięty i cytrusów. 
Zaciągnęłam się nim, próbując na dłużej zatrzymać go w płucach. Teraz nawet oddychanie sprawiało mi wielką przyjemność.
Zerknął nagle w moją stronę i przyłapał mnie na tym, że go obserwowałam.
Spuściłam wzrok, zawstydzona, sama nie wiem czym.
Snape odłożył bagietkę do mieszania w kociołku i podszedł do mnie. Zamknął za sobą drzwi do kantorka.
- Nie chciałam przeszkadzać.- wytłumaczyłam nieśmiało swoje zachowanie i potajemną analizę każdego jego ruchu.
- Właśnie warzę eliksir, który oficjalnie ty dla mnie warzysz będąc tutaj, a nie na lekcjach.
- Bardzo panu dziękuję.- spojrzałam na niego, prosto w jego oczy.
- W końcu błagałaś, żebym TYLKO dotrzymał tajemnicy.- przedrzeźniał mnie.- Nawet kosztem rąbnięcia głową w podłogę po upadku z półtora metra.
- Wiem, że pan mnie złapał. Naprawdę dziękuję.- uśmiechnęłam się zarówno w podziękowaniu jak i w ramach przeprosin.- Nic mnie nie boli.- stwierdziłam.- Co pan zrobił?
- Nie myśl sobie, że jesteś jedyną maskotką Voldemorta.- to chyba był żart w stylu profesora Sanape’a, który nawet, gdyby był śmieszny, miałby zakaz uśmiechania się na jego widok.- W pewnym momencie zaklęcia niwelujące ból przestały pomagać. Byłam zmuszony opracowywać przez kilka lat maść na rany Krucjatusa. To jednak nie może wyjść poza te pomieszczenie. Zabronione jest tworzenie eliksirów i innych wyrobów niwelujących skutki Zaklęć Niewybaczalnych, bo wtedy zaczęto by ich używać częściej.
- Tajemnica za tajemnicę.- kiwnęłam głową, obiecując, że nigdy nikomu o tym nie powiem.
- Nasmarowałem ci nią plecy. Miałaś uszkodzone niektóre kręgi, ale wszystko naprawiłem.- mówił zaskakująco spokojnie.- Ale ostrzegam, że nie mam zamiaru być twoim lekarzem od wszystkiego.- zagroził mi palcem.- Tylko i wyłącznie Krucjatus. Nic więcej!- wytłumaczył.
Doskonale rozumiałam. Byłam mu niezmiernie wdzięczna, że to zrobił, chociaż byłam zbyt uparta, żeby prosić go wprost o pomoc.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję za to, co pan zrobił. Jestem panu dozgonnie wdzięczna. Może pan na mnie zawsze liczyć.
- Uważaj, bo jeszcze tego pożałujesz. Nie przyjmuję takiego typu ofert.- mruknął.- Skoro już się obudziłaś, zacznij przyrządzać Felix Felicis.- wskazał gotowy do działania kociołek na biurku.- Składniki znajdziesz sama, tu jest wszystko.- ogarnął wzrokiem wszystkie regały.- Od dzisiaj twój szlaban będzie wyglądał trochę inaczej. Dowiesz się wszystkiego wieczorem.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam.
- A nasza rozmowa?- zapytałam.
- Chodzi ci chyba o twój monolog, który trudno nazwać dialogiem.- zauważył swoim cwaniackim tonem.-Jeżeli Zakon kazał ci milczeć, nie rozumim, dlaczego o tym rozpowiadasz..- patrzył na mnie zdumiony, jak mogę pytać o coś tak głupiego.- Jestem na lekcji, panno Madelstone.- zwrócił mi uwagę i wrócił do swojego biurka, gdzie kontynuował mieszanie. Zasiadł za nim z niezmierną gracją.
„Madelstone, ale z ciebie idiotka…”.
Tylko teraz nie wiedziałam, czy nie wrzeszczał na mnie dlatego, że parę metrów dalej siedziały dzieciaki, które nie miały pojęcia o moim istnieniu, czy dlatego, że coś w międzyczasie od mojego zemdlenie do powrotu do żywych poprawiło mu humor. A może jedno i drugie…?  Miałam jednak nadzieję, że była to ta druga opcja.
Felix Felicis nie jest jakimś okropnie skomplikowanym eliksirem. Jeśli zna się, oczywiście, właściwe proporcje i kolejność działania.
Bądźmy szczerzy, nie raz używało się „płynnego szczęścia”, gdy szukało się informacji na temat innych eliksirów i proporcji w bibliotece. Trzeba mieć trochę sprytu, to wszystko. Sukces naprawdę potrafi być blisko, jeśli się go na serio chce. Życie nie zawsze było proste i trzeba było zmierzyć się z różnymi sytuacjami w różnych okolicznościach. Nie zawsze wychodziło tak, jak chciałam, chociaż najczęściej tak właśnie było. Czasem żeby to osiągnąć potrzebowałam odpowiedniego zaklęcia, czasem eliksiru, a czasem, co znaczy najczęściej, własnego rozumu i zimnej krwi. Na przykład, w poprzednią sobotę.
W myśl soboty przyszła myśl o Drako. Gdzie on, do cholery, był? Opuszczanie eliksirów to właśnie jedna z najmniej rozsądnych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić.
- Accio figi abisyńskie.- zaczęłam po cichu przywoływać do siebie składniki.
Gdy wszystko było przygotowane, zaczęłam kroić substraty i dodawać do kociołka, a przemyślenia powróciły.
Zdałam sobie sprawę, że Dumbledore może jeszcze nie wiedzieć, że wróciłam do zamku. Mimowolnie parsknęłam śmiechem na tę myśl. Ja tu przeżywam katusze, mdleje przed Snape’m, a on być może popija herbatkę w swojej wierzy myśląc, gdzie ja się podziewam tak długo. I właściwie jakim cudem zostałam teleportowana prosto na teren Hogwartu? Mogła to zrobić tylko osoba, która zna hasło do bramy i właściwie nie przychodził mi na myśl nikt inny niż dyrektor. Ale skoro mnie teleportował, to dlaczego zostawił samą w Zakazanym Lesie?
Westchnęłam czując już cudny zapach gotujących się składników.
Chyba nigdy nie zrozumiem tego człowieka… Bez końca i naiwnie mogłam starać się odszukać odpowiedzi, ale czy było warto marnować czas?
Był trzeci tydzień października. Mój siódmy rok nauki w Hogwardzie. Ostatni. W odróżnieniu od innych umiałam się zatrzymać w wirze dnia codziennego. Była to cecha, którą wykształciłam jako dziecko, melancholijnie obserwując przemijanie pór roku i z uporem ciągle nadchodzące Święta Bożego Narodzenia. Umiałam wyjść ze swojego ciała i swoją duszą, stanąć obok i obserwować. Widziałam wtedy świat z całkiem innej perspektywy. Z perspektywy przemijania.
Moi przyjaciele ciągle marudzili, że jeszcze tyle trzeba się uczyć, że jeszcze pięć lat, cztery, trzy, dwa… Chyba nawet nie zauważyli, gdy ta liczba zmieniła się w „jeden”. Ja zdawałam sobie z tego sprawę. Umiałam wybiec myślami naprzód wydarzeniom. Wyobrażałam sobie koniec roku, czapki rzucone w górę. I co potem? Potem przed oczami miałam już tylko jedno.

- Zdajecie sobie sprawę z tego, że za dwa miesiące już tu nie wrócimy?
- I że nasze łóżka zajmie ktoś inny?
- Ale to szybko zleciało…
- Naprawdę? Jeszcze tak niedawno narzekałaś, że miną wieki, zanim to się skończy.
- No, to jestem już starą babcią!

Chciałam ten rok, ostatni rok przeżyć jak najlepiej, niczego nie żałować. Przygotować się do owutemów i zrobić coś pożytecznego. Chyba jednak najbardziej chciałam, żeby ten zamek mnie zapamiętał. Nie wiedziałam jeszcze jak to zrobić, ale byłam gotowa na wszystko, bo szczerze kochałam to miejsce. Jasne, że nauki było dużo! Mnie też nie raz zdarzyło się przekląć nauczyciela, czy, o Merlinie!, tą okropnie nudną Historię Magii.
Często chciałam być najlepsza. Cieszyłam się, kiedy mogłam popisać się swoją wiedzą. Wiem, że nie wszyscy to trawili, ale była grupka osób, którym nie przeszkadzało to, że byłam od nich lepsza. Doceniali we mnie inne cechy, które najwyraźniej przyćmiewały moje dążenie do doskonałości. Chyba najlepiej byłoby przywołać słowa, którymi określił mnie kiedyś Edward:„ Jesteś jak Zakazany Las, Claudio, mroczna, z sekretami, ale i życiodajna, zaskakująca i fascynująca. Masz po nim jeszcze to, że ludzie boją się poznać ciebie bliżej, bo jesteś niedostępna, ale, gdy wejdzie się w ciebie głębiej, w twoją osobowość, ona sprawi, że zostaje się tam na zawsze. Wiernie chroniąc jej wrot przed odrzuceniem i skrzywdzeniem. Chcę, żebyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jesteś najbardziej niesamowitą osobą, którą znam. Umiesz zatrzymać jednym spojrzeniem i przewrócić mrugnięciem oka.”. Nie musiałam uczyć się tego na pamięć, Edward umieścił te słowa w liście pożegnalnym, gdy po upadku z miotły, podczas meczu Quidditcha, leżał parę dni w Skrzydle Szpitalnym. Nie wierzył nikomu, kto mówił, że za parę godzin kości się zrosną. On głęboko wierzył w to, że umiera. Jakim cudem umierający człowiek jest w stanie napisać list i to jeszcze z homeryckim porównaniem? Nie mam pojęcie. Pytanie nie do mnie.
Spojrzałam na czas i wyłączyłam ogień pod kociołkiem. Ależ on pięknie pachniał… Felix Felicis to jeden z najbardziej aromatycznych eliksirów. W zasadzie, można było poczuć w nim wszystko, co tylko się chciało.
Zaciągnęłam się i w oczach ukazał mi się jaśmin i bez.
- Głupi ma zawsze szczęście.- mruknęłam myśląc o „płynnym szczęściu”.
Spojrzałam na stół nauczycielski i odkryłam, że profesor Snape także mi się przygląda.
Szybko odwrócił wzrok.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam do regału, aby poukładać składniki zgodnie z panującym w szafie Snape’a porządkiem.
Były poukładane najpierw w kolejności liter alfabetu, a później w swoich grupach, od najczęściej używanego do najmniej.
Ależ on był porządny… Nie można było zobaczyć tego po prostu wchodząc i się rozglądając. Zwykłe buteleczki i pudełeczka na regałach, nic specjalnego. Trzeba było się przyjrzeć uważniej, aby zobaczyć, w jakim porządku Snape pracował.
Tak sobie pomyślałam, że jako Mistrz Eliksirów, musiał wypracować w sobie pokłady cierpliwości. Każdy eliksir, wszystko na pamięć, co więcej trzeba było jeszcze znaleźć poprawne przepisy. Może to dlatego tak mnie nienawidził? Bo rozpracowałam coś, nad czym on siedział latami… Z pewnością dziwny gość.
Usiadłam na kozetce i spojrzałam na godzinę. Lekcja powinna była skończyć się za parę minut. Do tego czasu pokornie czekałam.


Ona jest nienormalna! Ma czelność przychodzić i mówić, że bolą ją plecy! Niech idzie do Pomfrey!- krzyczało moje zdenerwowanie.- Severusie, weź się w garść. Sam też przyszedłbyś do siebie z ranami po Krucjatusie. Zaraz oszalejesz! Te jełopy cię wykończą!

Jutro podwójne eliksiry… Jak znowu coś odwalą, to przysięgam, że dojdzie do rękoczynów! Mam tego po dziurki w nosie. Hogwartu wypuści w świat idiotów. W pół roku nie przyswoją sobie materiału z pierwszej klasy. To nie możliwe, żeby nadrobić to wszystko. Taa… Chociaż jedna słuchała o stosunkach masowych. Tylko czemu ta jedna musi być tą najbardziej irytującą…?
Mieszałem Eliksir Wzmacniający w kotle. Powolne ruchy sprawiały, że mogłem się zrelaksować. Nie! Stój! Zrelaksować?! Chyba nie w tym życiu!
Pierwszoroczniacy warzyli Eliksir Bombaku. Śmierdziało niesamowicie! Ciekaw byłem, które z nich odważy się spróbować. Byłem pewien, że płeć męska, ale Ravenclaw czy Hufflepuff?

Powinna jeszcze spać…- pomyślałem.

Spojrzałem w kierunku kantorka.
Stała oparta o futrynę. Okropnie blada… Tylko policzki lekko zaróżowione. Była to chyba jedyna rzecz, która przemawiała za tym, że nie jest duchem. I miała jeszcze rumiane usta.
Zerwałem się z krzesła, zarzucając peleryną i poszedłem w jej stronę. Spuściła wzrok.
Zamknąłem drzwi.
- Nie chciałam przeszkadzać.- bełkotała onieśmielona.
Coś tam jej odpowiedziałem. Byłem nawet dość miły. Sam sobie odjąłbym za to punkty. Ale mnie wkurzyła pytaniem o tą niby rozmowę, czyli jej opowiadani o tym, jak Zakon „zmusił” ją do walki z Czarnym Panem. Chciała urządzać dyskusję, gdy ja dobrowolnie zgodziłem się ją przechować. A ona mi z czymś takim podczas lekcji?!
Dlaczego zaniosłem ją do kantorka, nasmarowałem plecy maścią własnego wyrobu i wymyśliłem wymówkę, żeby Minewra się odczepiła? Dlaczego?!
No, właśnie. Dobre pytanie.
Z powrotem znalazłem się w klasie i zasiadłem za biurkiem.
Miała warzyć Felix Felicis. Dumbledorowi nagle zaczęło brakować właśnie tego eliksiru . Ona robiła mój eliksir, a ja jej. Niezła wymiana.
I co w ogóle miały znaczyć te wczorajsze słowa Albusa?!

- Przyznaj, Severusie, że zaskakuje cię swoją wiedzą i umiejętnościami. Wyraźnie odstaje od grupy, wiesz to.- Albus spojrzał na mnie tymi swoimi mądrymi oczami.
- Nie przesadzaj.- odrzekłem.- Skojarzyła parę faktów i tyle.
- Ale musisz przyznać, że nikt inny oprócz niej tego nie dokonał. Zrobiła na tobie wrażenie, przecież to widzę…
- Do reszty zwariowałeś!- przerwałem mu ostro.
- Żadne z nich nie ma pojęcia, że dzień przed owutemami dasz im poprawne przepisy wszystkich eliksirów, które są wymagane. Ona jako jedyna traktuje sprawę poważnie. Tylko ona dociekliwie szuka wyjaśnień. Jeśli postępuje tak na twoim przedmiocie, jest to znak, że będzie postępować tak zawsze. I ty się mnie jeszcze pytasz, dlaczego to ona towarzyszy panu Malfoyowi podczas spotkań z Sam- Wiesz- Kim…
- Ta dociekliwość może doprowadzić ją do zguby. Powinna wyzbyć się tej cechy, jeśli chce przeżyć u boku Voldemorta- wysyczałem.
Uśmiechnął się.
- Zauważ, że żyjesz, Severusie, a gdybyś sam nie miał tej cech, nie stałbyś teraz tutaj nade mną i nie próbowałbyś wyciągnąć ze mnie, dlaczego akurat panna Madelstone została wybrana na naszego „człowieka po tamtej stronie”.
Puściłem kanty biurka i się wyprostowałem. Pochylanie nad nim z nadzieją, że odpowie dokładnie to, co chciałbym usłyszeć nie dało żadnych skutków.
- Nie chcę mieć przez nią problemów, jasne?!- warknąłem, wskazując na Albusa palcem.
Wyszedłem wściekły.

Potem dostałem wiadomość od Dumbledora, dotyczącą szlabanu panny Madelstone. Co ten starzec jeszcze wykombinował?!!! I jak on w ogóle śmiał decydować o moim sposobie karania?!

Pokonani - 5. Nowe oblicza Unsere Lieblings- Professor


5. Nowe oblicza “Unsere Lieblings- Professor”


Byłam w środku niczego. Otaczały mnie drzewa. Panował półmrok. Z pozycji leżącej przeniosłam się do siedzącej, łapiąc się przy tym samym za głowę. Ból przeszył mi czaszkę na wskroś. Powoli otwierałam oczy trochę szerzej. Na początku miałam wrażenie, że ogłuchłam, ale po chwili dotarło do mnie szczekanie psa. Z łatwością zauważyłam w oddali chatę Hagrida, który właśnie wchodził do Zakazanego Lasu razem z Kłem.
Dotknęłam w pośpiechu każdej części swojego ciała panicznie poszukując różdżki. Ze złością zauważyłam, że w sukience, a raczej strzępach, które z niej zostały po torturach, nie ma kieszeni. Zaklęłam cicho i rozejrzałam się dookoła. Taa… I weź tu szukaj czarnej różdżki pośród gałęzi i konarów drzew…
Ostatecznie znalazłam ją jakieś 10 metrów ode mnie.
Podchodziłam do niej „na czworaka”. Pierwsze trzy ruchy były okropnie bolesne, ale po następnych dwóch padłam wijąc się w niemym krzyku. Moje plecy, moje ciało nie nadawało się do niczego. Krucjatus je zniszczył.
Usłyszałam pogwizdywanie Hagrida, zbliżał się. Kieł biegł przed nim. Zobaczyłam go, zaczął szczekać na mój widok. Ostatkiem sił wyciągnęłam rękę, dobyłam różdżki i w dosłownie ostatniej chwili udało mi się teleportować do zamku.
Znalazłam się we własnej komnacie, na własnym łóżku, leżąc na plecach. Znów podniosłam się jak oparzona, chociaż w zasadzie nie musiałaby to być tylko metafora, bo mój stan daleki poparzeniu nie był…
Spojrzałam na zegarek na szafce nocnej. Był poniedziałek, godzina piętnaście po dziewiątej rano.
Przytrzymując się łóżka, wstałam i przeszłam parę kroków, stwierdzając, że o ile będę miała pod ręką jakąś poręcz, albo inną podporę, dam radę udać się na pierwszą lekcję, którą były eliksiry. Trwało jeszcze śniadanie, więc miałam szansę dojść tam niezauważona.
Łatwiej pomyśleć, trudniej zrobić. Po tym, jak zaklęciem zmieniłam ubranie na czyste i narzuciłam na siebie szatę, a zanim doszłam do Sali Eliksirów, przewróciłam się kilka razy. Oba kolana miałam już stłuczone. W pewnym momencie chciałam położyć się na środku korytarza i czekać aż ktoś mnie znajdzie, jednak ostatecznie postanowiłam dalej przemierzać tą ogromną dla mnie odległość.
Gdy w końcu przydreptałam na miejsce, zauważyłam, że drzwi były uchylone.
Konfrontacja ze Snape’m w cztery oczy była nieunikniona.
Otworzyłam drzwi. Nie było jeszcze żadnego z uczniów, tak jak się spodziewałam. Snape siedział pochylony nad swoim biurkiem. Prawdopodobnie sprawdzał wypracowania, jednak musiał być w prawdziwym niehumorze, bo skreślał zdania nawet na nie nie patrząc.
Gdy tylko weszłam, poderwał się i jednym ruchem różdżki zamknął drzwi, a drugim je wyciszył. Przestraszyłam się jego gwałtownej reakcji.
Wymierzył we mnie różdżką. Z początku chciałam dobyć też swojej, ale czy było warto? Życie w takim bólu nie było żadną alternatywą.
- Używałaś czarnej magii!- zarzucił mi. Podchodził do mnie co raz bliżej.
- Nie.- zaprzeczyłam zdziwiona. Jak w ogóle mógł coś takiego twierdzić?
- Gdy weszłaś od razu ją poczułem! Używałaś czarnej magii!!!- krzyknął.
Dzieliły nas już tylko dwa metry.
- Nie!- twierdziłam uparcie.
Moje oczy płonęły wściekłością, więc niczym nie różniły się od jego. Zmarszczył brwi. Nienawidził się powtarzać, wiedziałam to. Jak na ironią mówił o tym nie raz i nie dwa.
Miałam tego po dziurki w nosie. Najpierw jestem torturowana, potem budzę się dwa dni później w środku lasu, nikt nie wie, co się dzieje, ja też nie, a teraz najbardziej uparty, bezuczuciowy, wredny, irytujący, bezlitosny i zawsze-muszący-mieć-rację profesor Severus Snape wmawia mi coś, czego nigdy nie robiłam!!!
- Nie używałam czarnej magii!!!- wrzasnęłam mu prosto w twarz, która znajdowała się już tylko pół metra ode mnie.
- Używałaś!!! Wiem to!!!- także stracił nad sobą panowanie.
Poczułam jego zapach. Mięta i cytrusy. Był to absolutnie najpiękniejszy zapach, jaki w życiu dane mi było wdychać.
Oprzytomniałam i w końcu zrozumiałam, o co mu chodzi.
- Ja, nie.- szepnęłam, patrząc mu w oczy.
Cofnęłam się dwa kroki w tył.
Spuściłam wzrok i zdjęłam z siebie szatę. Odłożyłam ją na ławkę obok. W ślad za nią poszedł też czarny podkoszulek.
Snape patrzył zmrożonym wzrokiem na moją górną część ciała, okrytą tylko biustonoszem.
Odwróciłam się tyłem i pokazałam mu plecy.
- Voldemort, tak.- dopowiedziałam.
Bezszelestnie podszedł do mnie. Czułam tylko jego zimne palce wodzące po ranach. Nie widziałam ich, ale byłam pewna, że tam są. Jego dotyk koił, jakby trzymał w ręce lód.
Odwróciłam się z powrotem. Nie zauważyłam, kiedy zaczęły lecieć mi łzy. Dzieliły nas tylko centymetry. Gdyby ktoś zastałby nas w takie sytuacji: nauczyciel i półnaga uczennica dziesięć centymetrów przed nim, oboje mielibyśmy kłopoty. Snape chyba pomyślał o tym samym, bo przestał wodzić wzrokiem po moim brzuchu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się plecy i odsunął się na bezpieczną odległość.
- Krucjatus…- powiedział jakby do siebie oziębłym tonem.- Dumbledore wie?
- Uważam, że tak, skoro sam mnie tam wysłał.- odpowiedziałam i otarłam łzę z policzka.
- Ubierz się.- rzucił i zniknął w swoim kantorku.
Zrobiłam, co kazał. W zasadzie byłam mu wdzięczna, że nie skomentował tego, że oto Claudia Madelstone się przed nim obnażyła.
- Skoro Dumbledore cię tam wysłał, to nie rozumiem, dlaczego ja mam rozwiązywać twój problem.- odezwał się, gdy opuścił zaplecze. Jego oczy nie wyrażały żadnych emocji.
- O nic pana nie proszę, tylko o dochowanie tajemnicy.- odpowiedziałam cicho, wlepiając oczy w podłogę z kamienia.
- Naprawdę jesteś taką idiotką, Madelstone?!- krzyknął i znów znalazł się obok mnie.- Nieleczone rany doprowadzą do infekcji, a ta do śmierci!!! „Niewyjaśniony zgon nastolatki w Hogwardzie”:.- udawał dziennikarzy.- Niewyjaśniony. Do czasu sekcji zwłok!!!- wydarł się.- A co się stanie, gdy dowiedzą się, że dyrektor szkoły pozwala uczennicy na spotkania z Czarnym Panem w niewiadomo jakim celu?!- zapytał mrużąc oczy. Skronie pulsowały mu ze wściekłości.
- Nie pozwoli pan na to.- wyszeptałam zawstydzona.
- Nie, nie pozwolę!!! Nie będą nikogo zamykać, bo jakiejś dziewczynce, niemającej pojęcia o życiu zachciało się przeżyć przygodę i „podejść” Voldemorta!!!- obrażał mnie. Nie pierwszy raz, więc nie robiło mi to różnicy.- Nie ty jedna próbowałaś! Zawsze kończyło się to śmiercią.
- Pan żyje.- zauważyłam. Całkiem niepotrzebnie, jak po chwili się przekonałam.
- Bo nie jestem głupiutką, naiwną, siedemnastoletnią dziewczyną, która boryka się problemem, czy chodzić ze Ślizgonem, czy nie chodzić!!!- nigdy nie słyszałam, żeby wydał z siebie tak przerażający i głośny dźwięk.
Poleciały kolejne łzy. Miałam dość. Postanowiłam wszystko mu powiedzieć. Spojrzałam w jego oczy.
- W ostatni tydzień czerwca ja i Drako dostaliśmy listy.- zaczęłam łkając. W międzyczasie oparłam się o jedną z ławek.- Były w złotych kopertach, więc myśleliśmy, że to z Ministerstwa, jednak się myliliśmy. Okazało się, że napisał je do nas Zakon Feniksa. Rada Zakonu zapraszała nas na spotkanie w pierwszym tygodniu wakacji. Oczywiście, udaliśmy się na nie. Obowiązywało nas całkowite milczenie i tajemnica, którą było objęte spotkanie. Dlatego nie mogliśmy nic powiedzieć profesorowi Dumbledore’owi. – o dziwo mi nie przerywał, więc kontynuowałam, zanim skończy się ta dobra passa, bowiem na twarzy Snape’a zauważyłam już zniecierpliwienie.- Inicjację przeszliśmy już tu, w Hogwardzie. Wie pan o tym, bo pan przy tym był, ale w wakacje, Zakon złożył nam propozycję raczej nie do odrzucenia. Mieliśmy pojawiać się we dwójkę na spotkaniach. Voldemort od początku ufał Drako, jako synowi śmierciożercy i na ogół mógłby tam chodzić sam. Problem tylko w tym, że z tego samego powodu, co Voldemort ufał Drakonowi, Zakon nie za bardzo. Dlatego wysłali mnie- zdesperowaną, pragnącą zmian i wielbiącą Czarnego Pana uczennicę Hogwartu, dziewczynę Drakona. W wakacje uczestniczyliśmy w ponad dwudziestu takich spotkaniach. Problem pojawił się wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Zakon polecił Drako przekazać zaproszenie na kolejne spotkanie dyrektorowi. W ten sposób profesor Dumbledore dowiedział się prawdy, wezwał pana, panie profesorze, a gdy zawiadomił o liście Zakon, ten udał, że nic nie wie. – przełknęłam ślinę. – Jeśli myślał pan, że spotkanie, na które poszliśmy w sobotę było pierwszym, to mylił się pan i to grubo! – nie mogłam się powstrzymać przed powiedzeniem mu tego prosto w twarz.
- Dziesięć punktów od Gryffindoru za niewłaściwe wyrażanie się do nauczyciela! – zachowywał się jakby wcale nie obchodziła go ta informacja, którą dłuższy czas mu dedukowałam. – Radzę uważać na słowa, panno Madelstone. – powiedział chłodno i spojrzał na drzwi za mną. Słowa Snape’a można było, jak się okazało, zinterpretować dwojako.
W sali gromadzili się już uczniowie. Doszłam do wniosku, że właśnie to było powodem jego braku komentarza do mojej opowieści. Postanowiłam pozostać po lekcji i dokończyć tę rozmowę. Temat uważałam za otwarty. Jednak przed końcem, czekała mnie godzina męczarni
Ból nie przypominał już bólu, tylko obłęd!!! Drakona nie było, ale nie miałam siły rozmyślać nad tym, gdzie się podział. Postanowiłam być dzisiaj sama dla siebie parą. Siedziałam na końcu sali i co chwilę miałam drgawki. Zbierało mi się na wymioty, a zimne poty nie ustępowały ani na chwilę. Znów warzyliśmy Eliksir Słodkiego Snu. Był to raczej sprawdzian poprawkowy, ale co to za poprawka, gdy wie się, że i tak się go obleje, bo profesor dopuszcza tylko taki przepis, który jest w książce, natomiast ten, który tam jest, jest po prostu zły.
Cudem udało mi się ukończyć pracę w czasie, chociaż zawsze było tak, że zajmowało mi to tylko połowę wyznaczonego czasu.
Gdy Snape zauważył, że skończyłam, przywołał mnie do siebie. Wzięłam fiolkę i siebie w garść, zacisnęłam zęby i podniosłam się z krzesła. Robił to specjalnie. Zawsze podchodził na dół, do kociołków. Wiedział, że cierpię i czerpał z tego ogromną satysfakcję.
Z trudem utrzymywałam się na nogach i niezauważalnie dla reszty grupy opierałam się o jego biurko. Podałam mu próbkę eliksiru. Uśmiechnął wyśmiewająco, gdy zobaczył, jak mięśnie trzęsą mi się z wysiłku.
- Ale ty o nic nie prosisz. Tylko o to bym siedział cicho. – wyśmiał mnie, naprowadzając jednocześnie na trop. Powiedział to tak cicho, że i ja ledwo co usłyszałam, a co dopiero inni.
Odłożył buteleczkę na bok, nawet na nią nie spoglądając i wstał, aby powiedzieć coś głośno do całej grupy. Odwróciłam lekko głowę, aby widzieć, co się wydarzy.
- Nie oszukujmy się.- powiedział głośno.- Nikt z was oprócz panny Madelstone, nie uwarzy poprawnie tego eliksiru. Wyżej wymieniona dostanie piątkę za to zadanie, reszta jedynki, jak się spodziewałem.- kątem oka zauważyłam, że na liście naszych ocen i zaliczeń, oceny z dzisiejszej poprawy zostały już dawno w pisane. Doskonale wiedział, co kto dostanie. Co ja dostanę też. To poprawiło mi humor. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie.
- Ale to nie sprawiedliwe, profesorze.- odważył się odezwać Edward.- Nawet pan nie sprawdził naszych fiolek.
- O bogowie!- westchnął Snape.- To rzeczywiście okrutne.- przewrócił oczami.- Niech wam będzie. Podniosą ręce wszyscy ci, którym wyszedł eliksir o barwie niebieskiej.
Cała sala dumnie podniosła ręce, uśmiechali się, że im się udało.
- Gratulacje!- powiedział profesor zanudzonym głosem.- Wszyscy, którzy mają ręce w górze, dostają pały. Eliksir powinien być przezroczysty.- wytłumaczył.- Boże, widzisz to i nie grzmisz.- pokręcił głową.- Eliksiry wymagają własnej inwencji twórczej!- krzyknął.- Przecież ktoś, kiedyś sam, do cholery jasnej, musiał wymyślić te przepisy!!! Nie miał tego podanego na tacy!!!- wrzeszczał jeszcze bardziej zawzięcie niż wcześniej na mnie. Nie dość, że od razu widziałam, że miał zły humor, to go rozwścieczyłam, a teraz jeszcze oni doprowadzili go do szału.- To tylko i wyłącznie wasza wina, że nie myślicie nad tym, co robicie!!! Tylko idiota może wrzucić bezoar i kły węża w stosunku 10: 7!!! Jeśli tego nie wiecie, to co robicie na siódmym roku?!!! Cała! Grupa! Idiotów!- powiedział przez zaciśnięte mocno zęby.-  Stosunki ingrediencji robiliśmy na pierwszych zajęciach, na pierwszym roku!!! Chyba czas wrócić się do pierwszej klasy!!!- darł się.
Spoglądał na każdego z nich z osobna, jak na potencjalną ofiarę Avady Kedavry. Różdżkę miał w zasięgu ręki, wcale bym się nie zdziwiła...
„Ale by było…- myślałam sobie w nawiązaniu do jego poprzednich drwin ze mnie.- „Na pierwszych stronach Proroka Codziennego już widnieje opis śmierci 30 uczniów Hogwartu, których wybił rozwścieczony ich niewiedzą poważny i szanowany profesor Severus Snape”. Niezły nagłówek...- skwitowałam.”.
O mało co nie parsknęłam śmiechem.
Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się tak, żeby nikt nie zauważył.
- WYJŚĆ!!!- wrzasnął nagle.
Wybiegali, aż się za nimi kurzyło. Nigdy, przez całe siedem lat, Snape nie opieprzył naszej grupy tak jak wtedy. Oczywiście, zdarzało się, że krzyczał, ale to co odwalił tamtego dnia, mocno przewyższało mój szacunek poziomu jego domniemanych umiejętności w tej kategorii. Zadziwił mnie, przestraszył, ale i zaimponował. Tym samym też podniósł sobie poprzeczkę. Nie wyobrażałam sobie, co mógłby zrobić, żeby pobić ten rekord, ale jeszcze nie zabić. Chyba zostawało tylko zaklęcie, sprawiające wtedy, że mój stan zbliżał mnie do utraty gruntu pod nogami.
Snape ruchem swojej różdżki, którego intencją było zatrzaśniecie drzwi z wielkim hukiem, prawie przyciął szatę jednemu z Gryfonów.
- A ty jeszcze tutaj?- zapytał spokojnym, znudzonym, ale nie zdziwionym głosem.
Nie odpowiedziałam. Oczy zaszły mi mgłą. Straciłam panowanie w nogach, kant biurka wyślizgnął mi się z palców i runęłam na ziemię z podwyższenia dla nauczyciela. Zdążyłam jeszcze poczuć, jak zimna dłoń Snape’a łapie moją głowę i kładzie delikatnie na ziemię. Takiego gestu z jego strony się nie spodziewałam.
Potem, zemdlałam, a w myślach leciały mi słowa niemieckiej kołysanki, którą śpiewała mi kiedyś mama, zanim poszłam do szkoły.
Er ist unsere Lieblings- Professor…[*]



[*] Tłumaczenie: „On jest naszym ulubionym profesorem”. Kołysanka o takim tytule nie istnieje, nazwa została stworzona na potrzeby opowiadania.

Pergamin 3

Przepraszam za moją nieobecność od lipca. Dużo się działo w moim życiu, naprawdę wiele zmian. chcę was powitać zmienionym wyglądem bloga, trochę bardziej mrocznym i dwoma nowymi rozdziałami. Mam nadzieję, że się spodobają. Komentujcie!!

niedziela, 22 lipca 2012

Pergamin 2

Smuci mnie trochę, że nikt nie komentuje, chociaż licznik odwiedzin cały czas rośnie ;(

Dodalam przed chwilą rozdział, ale zastanawiam się, czy potrzebnie...

Pokonani - 4. Kolacja u Voldemorta

4. Kolacja u Voldemorta

            Minął pierwszy tydzień szlabanu. Codziennie czyściłam kociołki, ustawiałam składniki w szafie lub po prostu sprzątałam Eliksirownię, jak nazywaliśmy salę Snape’a. codziennie też wracałam po północy do pokoju, codziennie wstawałam o szóstej, codziennie jadłam lunch z Drako przy stole Ravenclav, którzy byli bardzo ciekawi rozwoju tego płomiennego romansu na śmierć i życie. Nie powiem, ja też byłam.
            Tego sobotniego wieczoru ja i Drako mieliśmy odwiedzić posiadłość Bellatrix podczas uroczystej kolacji wydawanej przed Voldemorta. Początkowo miał iść na nią też Snape, jednak ostatecznie nie dostał zaproszenia, a my nie mogliśmy zrezygnować, nie teraz. Z tego co wiedziałam, Mistrz Eliksirów nie znał nawet dnia i godziny i nie miał też zielonego pojęcia, że ja i blondyn właśnie się na nią szykujemy.
            Gdy przyszłam na korytarz w mojej nowej, fioletowej sukience i czarnych szpilkach, Drako już na mnie czekał, ubrany w czarny garnitur, czarną koszulę i fioletowy krawat, pasujący do mojego stroju.

            - Gotowy na imprezę?- próbowałam być zabawna, ale wiedziałam, że żadne z nas nie jest gotowe. Miałam przecież świadomość tego, że za parę godzin mogę być pochowana w tej samej sukience, w której teraz zamierzałam wyjść naprzeciw śmierci.

            Wielu ludzi, wielbicieli Czarnego Pana, oddałoby wszystko, aby być na moim miejscu, ale ja na pewno nie byłam jedną z nich. I chociaż stałam tam teraz z Drako pod rękę myśląc, jak osiągnąć pewny siebie wyraz twarzy, trzęsłam się ze strachu na myśl, kogo zamierzam za parę chwil spotkać. Znowu.
            Teraz pierwszy raz mógł tam być ktoś więcej oprócz Voldemorta. Ktoś, kto mógł mnie rozpoznać. Dalej możliwe było to, ż Snape się pojawi. Zaproszony, czy nie. On był przecież taki bezczelny. Mógł tam być też ktoś, kto znał mnie wcześniej, kto mógł być zdrajcą Zakonu.
            Aby zaoszczędzić czasu i drogi pustym zamkiem i błoniami, od razu teleportowaliśmy się pod bramę, gdzie Dumbledore zdalnie, ze swojej wieży, otworzył nam wejście, magiczną zasłonę, tajnym zaklęciem. Gdy przeszliśmy już na drugą stronę, a dyrektor na powrót ją zamknął, poczuliśmy, że teraz wszystko zależy od nas.
            Gdy przybywaliśmy na spotkania w wakacje, byliśmy w tajemnicy, na zlecenie zakonu. Drako, jako syn Śmierciożerców, Lucjusza Malfoy’a i jego żony Narcyzy, ja jako jego sympatia i gotowa na wszystko, aby spełnić wolę Voldemorta. Teraz o wszystkim wiedział nasz brodaty dyrektor i Snape, który teraz nawet nie znał daty, ani godziny.
            Teleportowaliśmy się jeszcze raz, tym razem przed bramę posiadłości Lestrang’ów i weszliśmy do środka. Dom był duży, ale bez przesady. Bogaty, na pewno, ale nie było tak naprawdę na czym oka zawiesić. Oglądałam go wtedy już chyba po raz dwudziesty, ale wcześniej nie było tam nikogo więcej poza Nim. Teraz ludzi było znacznie, znacznie więcej.
            Wmieszaliśmy się w tłum i podążaliśmy w stronę salonu, aby dać znać o swoim przybyciu. Byliśmy punktualnie, ale okazało się, że czekają tylko na nas.
            Drako odsunął mi krzesło, a ja usiadłam. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać siedział już na szczycie stołu uważnie obserwował naszą dwójkę.

            -Dzisiaj,- zaczął Płaskonosy- chcę przedstawić wam, moi drodzy, dwie osoby, z których jedną już znacie. Drako Malfoy!- powiedział głośno.- Syn Lucjusza oraz Narcyzy, a razem z nim, jego partnerka, Claudia Madelstone.

            W tamtym momencie wszystkie spojrzenia padły na mnie. Blondyna już znali. Mnie widzieli po raz pierwszy.
            Wytrzymując na sobie oczy wszystkich otaczających mnie osób, mogłam zobaczyć, jak niewiele osób, ze zgromadzonych tamtego dnia, znałam. Nie było między innymi rodziny Malfoy’ów, ani Lestrang’ów, naszego profesora, oczywiście i innych, znanych z towarzyszenia Voldemortowi, osobistości.
            Sama w sobie kolacja przebiegła bez zakłóceń. Posiłek był nawet smaczny i chociaż nie była głodna, z grzeczności nie wypadało odmówić. Drako wyszedł chyba z tego samego założenia, bo również jadł niewiele.
            Do tej pory Voldemort nie mówił, po co chciał, abyśmy przychodzili, ale oboje z Drako czuliśmy, że ten moment zbliża się wielkimi krokami.
            Po godzinie nieodzywania się do siebie, czyli zaistej ciszy wypełnionej tylko brzdąkanie noży i widelców o talerze, Voldemort podziękował większej części z 20 zebranych. Zostało 8 osób, włącznie z nami. Wypowiedział tylko jedno słowo, którego nie byłabym w stanie powtórzyć za nic w świecie i oni też wyszli. Zostaliśmy w trójkę sami. W śmiertelnym niebezpieczeństwie.
            Wcześniej nigdy nie rozmawialiśmy. Po prostu jedliśmy szybki obiad, we trójkę, po czym kazał nam odejść. Tym razem wszystko zostało zjedzone i posprzątane przez skrzaty, a my nadal siedzieliśmy naprzeciw niego, zastanawiając się, jak bliski jest nasz koniec.

            - Czas wreszcie usłyszeć twój głos, Claudio.- zwracał się tylko do mnie.- Od dawna jesteście razem?- ciekawa byłam po co mu ta wiedza.
            - Od czterech miesięcy, Panie.- powiedziałam zgodnie z ustaloną z Drako wersją.
            - Długo się znacie?
            - Siedem lat.
            - Uczysz się w…?- byłam pewna, że zna odpowiedzi na swoje pytania.
            - W Hogwardzie.
            - W jakim jesteś Domu?
            - W Gryffindorze.
            - A więc, dlaczego czuję w tobie Ślizgona?
            - Tiara najpierw przydzieliła mnie do Slytherinu, ale później zmieniła zdanie. Nie wiem, dlaczego.- wytłumaczyłam zgodnie z prawdą.
            - Tiara!- powiedział drwiącym głosem.- Ta durna czapka zawsze się myli!- kontynuował wysokim głosikiem.- Połowa Ravenclav mojego rocznika to teraz Śmierciożercy, a połowa Slytherinu siedzi w Ministerstwie.- zrobił pauzę.- Przejdźmy do rzeczy, Gryfonko.

            Przełknęłam nerwowo ślinę, myśląc, co się zaraz wydarzy.
            Najpierw kazał Drako wyjść. Musiał zrobić, co kazał. I z robił. Zostałam sama, a serce miało zamiar wyskoczyć z mojej klatki piersiowej, prosto przed jego ręce na stole. Nie wątpiłam, że bez zastanowienia zjadłby je jeszcze bijące i oblizał palce umazane w krwi.
            Jednym, prostym zaklęciem lewitacji uniósł mnie nad stół, tak, że leżałam w powietrzu na plecach, odwrócona do niego tyłem. On rozsiadł się wygodnie i zadał cicho pytanie.

            - Czy jesteś szpiegiem?
            - Nie, Panie.- odpowiedź miałam z góry ustaloną.

            Co wtedy czułam, gdy tak wisiałam w powietrzu, nie widząc jego wyrazy twarzy, ruchów, ani gestów mogących zwiastować, co zaraz się stanie? Szczerze, myślałam, że czekam na śmierć. I tak naprawdę za dużo się nie pomyliłam.

            - Crucjo!- szepnął Voldemort i wycelował we mnie różdżką.

            Spadłam mocno uderzając głową. Na początku usłyszałam jego śmiech, ale później zagłuszy go już tylko moje krzyki i wrzaski. Czułam ból przechodzący dokładnie przez każdy kręg mojego kręgosłupa po ramiona, nogi i czaszkę. Tą ostatnią przeszyła tak mocno, jakbym nadziała się na bardzo duży, ostry nóż. Między oczami, a po sam tył głowy. Ból rozdzierał moje ciało od środka, emitował, na jego zewnętrzne partie i sprawiał, że nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Byłam oślepiona
            Później, nieprzerywając, zaczął zadawać pytania. Cały czas to samo: „czy jesteś szpiegiem?”. Moja odpowiedź także zawsze była taka sama, ale wypowiadałam ją co raz cichszym głosem. Słabłam w oczach. „Nie”.
            W pewnym momencie, albo przestał pytać, albo ból sprawił, że ogłuchłam.
            Chwilę później zdałam sobie sprawę, że straciłam czucie w dłoniach i stopach. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, w jakiej pozycji leżę.
            Myślałam wtedy już tylko o tym, żeby jak najszybciej rzucił Avadę Kedavrę, ale ona nie nadchodziła.
            Nie poczułam, kiedy przestał, ani, kiedy przeteleportowano mnie z rezydencji należącej do Bellatrix Lestrange.
            Dalej nie byłam świadoma.


            Gdy otworzyłam oczy, było ciemno.

sobota, 21 lipca 2012

Pokonani - 3. Namiętności przeszkodom kres

3. Namiętności przeszkodom kres

            - Drako!- krzyknęłam i podbiegłam do niego.
            - Nie tutaj.- szepnął mi do ucha i wciągnął do łazienki za rękę.
            - To damska!- zdążyłam tylko powiedzieć, ale już byliśmy w środku.

            Przycisnął mnie do ściany, gdzie mi się przyjrzał. Myślał chwilę o czymś, po czym założył mi kosmyk włosów za ucho i odezwał się łagodnie.

            - Co od ciebie chciał?
            - Dał mi szlaban na pół roku za niestosowanie się do przepisu.- powiedziałam cicho oficjalną wersję, tą nieoficjalną już znał.

            Drakon uderzył z całej siły pięścią w ścianę, tuż przy mojej głowie. Potem odsunął się i kopnął drzwi jednej z kabin, wydając przy tym okrzyk pełen wściekłości i frustracji. Po krótkiej chwili wyładowania znów przyciskał mnie do ściany dokładnie całym swoim ciałem. Obejmował mnie jedną ręką w pasie, a drugą, trzymając moją rękę wgniatał Mosno w ścianę nad moją głową.

            - Nadchodzi czas Wymiany. Będziesz jedyną osobą z siódmego roku, która zostanie w Hogwardzie, jak na razie.- rzekł dość spokojnym głosem.
            - Wiem.- powiedziałam tylko.
            - Dumbledore czeka na naszą odpowiedź.- znów powiedział bezuczuciowo.
            - Wiem.- powtórzyłam, patrząc mu w oczy.
            - Nie powinienem tu być, nie z tobą.
            - Wiem.- jeszcze raz powiedziałam.

            Zbliżył swoją twarz do mojej.

            - Mamy poważne problemy.- wyszeptał i pomorzył mi palec ma ustach, bo nauczony doświadczeniem, spodziewał się odpowiedzi.- Nic nie mów. Tylko…- nie dokończył.

            Jego twarz zbliżyła się jeszcze bardziej. Czekał na mój sprzeciw. Ten jednak nie chciał przyjść, a Drako dotknął mich ust swoimi, następnie delikatnie pocałował. Pierwszy raz.
            Jego ciało pragnęło uczucia, pragnęło mnie. Całował co raz głębiej. Bilo od niego gorąco, był rozpalony, żeby nie powiedzie, że napalony. Nasze oddechy się mieszały. Pachniał uwodzicielsko, a jego język wykonywał pewne ruchy. Nie myślał w tamtej chwili i ja też nie. Oboje poddaliśmy się emocjom, które towarzyszyły nam odkąd się spotkaliśmy.
            Kto wie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby zza kabin nie pojawiła się Jęcząca Marta. Jej gwałtowność sprawiła, że blondyn prawie podskoczył do góry. Przeklął pod nosem, że nie można mieć chwili spokoju i trzymając mnie za rękę wyszedł z łazienki, niezważając na uwagi ducha.
            Korytarz był zatłoczony, a on szedł zdecydowanym krokiem z palcami dalej wplecionymi w moje. Jego wyraz twarzy i postawa ciała przemawiała: „mam plan”. I rzeczywiście miał. Ludzie, których mijaliśmy jeszcze długo patrzyli, oglądając się za nami.
            Nie wiedziałam dokładnie, co on kombinuje, ale byłam szczęśliwa, że mnie w końcu pocałował, a przynajmniej wydawało mi się, że powinnam być. Tak naprawdę, nie wiedziałam nic. Myślałam, że robiłam dobrze, miałam taką nadzieję.

            - Mam już dosyć ukrywania się po kątach.- powiedział do mnie pewny siebie.

            Zaprowadził mnie do Głównego Hallu, gdzie było mnóstwo ludzi, więcej, niż minęliśmy do tej pory. Byli tam przedstawiciele wszystkich domów. Korytarz aż skrzył się od kolorów: czerwonego, zielonego, niebieskiego i żółtego. Byli też wszyscy opiekunowie i jeszcze tuzin innych nauczycieli. Przebywaliśmy w zdecydowanie najgwarniejszym, największym i najpopularniejszym miejscu w całym zamku. To stąd prowadziły drogi do wszystkich zakamarków i sal w szkole i to przez nie przewijali się wszyscy uczniowie, pragnący wyjść na błonia.
            Zielonych i czerwonych było najwięcej. I to właśnie to sprawiło, że serce zaczęło mi bić mocniej i szybciej.
            Wciągnął mnie na podwyższenie. Wszystkie rozmowy ucichły, oczy ponad 200 ludzi spoczęły na mnie i na Drako. Cisza, jak makiem zasiał. W sumie nie miałam pojęcia, co mnie teraz czeka. Szczególnie denerwującymi dwoma osobami, oprócz nas, oczywiście, był NiczegoNieDającyPoSobiePoznać profesor Snape oraz z przejęciem patrząca, niewiedząca, czego się spodziewać profesor MacGonagall.
            Drako oddychał szybko.
            Odwrócił się do mnie, czując na sobie oczy Slytherinu. Objął mnie i znów spojrzał na „widownię”.

            - Kocham Gryfonkę Claudię Madelstone!- obwieścił, a tłum wstrzymał oddech, ja też.- I chcę się tym podzielić z całym światem!- dodał krzycząc.

            Gwałtownie przycisnął mnie do siebie i głęboko pocałował.
            MacGonagall odetchnęła.
            Snape zniknął, gdy tylko język Drakona dotknął mojego.
            Cóż, takiego obrotu sytuacji się nie spodziewałam.
            Pozostali nauczycieli i uczniowie Hufflepuff i Ravenclav zaczęli bić brawa. Powoli zaczęli się dołączać do nich mieszkańcy Gryffindoru, chociaż bardzo niechętnie. Ślizgoni zachowali zimną krew i z niedowierzaniem patrzyli na swojego przywódcę obściskującego się z mieszkanką ich odwiecznego wroga, Gryfonką. I żaden z nich wtedy nie pomyślał, że Połowa potajemnie była zakochana w Gryfonach.
            Nikt tak naprawdę wtedy nie myślał. Ani Gryfoni, ani Ślizgoni. Ani ja, ani Drako. Ani Dumbledore, gdy poszliśmy powiedzieć mu, że zgadzamy się pójść na kolację. Nigdy się nie domyśli, że ja i blondyn byliśmy już na wielu takich posiłkach wcześniej, że już w czasie wakacji działaliśmy na zlecenie. Ani on, ani Snape. Ani nawet Voldemort by się nie domyślił. I nawet głupia Tiara Przydziału, która rozpaliła ogień w moim sercu mrucząc mi do ucha: „Slytherin” i gasząc go brutalnie, krzycząc głośno: „GRYFFINDOR!!!”.

piątek, 20 lipca 2012

Pokonani - 2. Pretekst do złośliwości

2. Pretekst do złośliwości

            Pierwszą, wtorkową lekcją były, jak na złość, eliksiry. Severus Snape spoglądał na mnie i dzisiejszą partnerkę „od kociołka”. Mieliśmy te zajęcia ze Slytherinem, zawsze od 7 lat. To profesor nas przydzielał. Mnie i Drako posadził w dwóch końcach Sali, chociaż odkąd pamiętam siedzieliśmy razem.
            Warzyliśmy Eliksir Słodkiego Snu, bo według Snape’a pani Pomfrey miała problemy z kilkorgiem pierwszoroczniaków, którzy po nauce latania na miotle nie mogli usnąć po upadku z ponad 10 metrów. Jednak doskonale wiedziałam, że już tylko czeka na małe ziewnięcie ze strony któregokolwiek z uczniów, żeby mieć wymówkę do odjęcia punktów, albo najzwyczajniej poniżania, bowiem same opary tego eliksiru powodują senność. A cóż to byłaby za radość, gdyby pierwszy zrobił to któryś z Gryfonów…
            Emma właśnie zaczęła wrzucać pierwsze składniki, a ja mieszałam, kontrolując jej ruchy. To ja rozcinałam i kroiłam ingrediencję, według własnego, oczywiście, sposobu. Przepisy w naszych książkach były błędne, nie tylko jeśli chodzi o sposób rozdrabniania, ale również jeśli chodzi o ich ilość. Nie protestowała, gdy nawet nie otworzyłam książki. Wiedziała, że wiem lepiej.
            Malcolm Dur, Edward Cavannios, Veronica Holmes i Florence Martin, czwórka moich przyjaciół z Gryffindoru, siedzieli razem w parach. Miałam nieomylne wrażenie, że tylko mnie i Drako Snape chciał ukarać rozsadzeniem.
            Z co? Oboje wiedzieliśmy. Nad ranem wróciliśmy do zamku, mijając go bez słowa udaliśmy się do swoich salonów. Potem okłamaliśmy jeszcze Dumbledora, mówiąc, że nie doszliśmy do porozumienia. On na to, że musimy dać mu odpowiedź do końca następnego dnia. Później na pewno rozmawiał ze Snape’m. Ten z kolei zapewne doskonale wiedział, że noc spędziliśmy w Zakazanym Lesie, przecież wyczuwał czarną magię, ale nie mógł dać nam normalnego szlabanu, bo spotkanie, po którym zniknęliśmy było poufne. Byłoby za dużo pytań nie do wyjaśnienia.

            - Panno Madlestone!- wyrwał mnie z zamyślenia głos Snape’a- Czy zechce się pani podzielić z nami swoimi przemyśleniami?

            Nie odpowiedziałam. Spuściłam wzrok ze skruchą.
            Snape poczuł, że wreszcie znów zbliża się moment jego triumfu.

            - Czy jest pani głucha, panno Madelstone?- pytał, podchodząc do naszej ławki.- A może pokażesz nam, co twoje myśli uwarzyły w kotle.- zaproponował i nachylił się nade mną.

            Spojrzałam na zegar. Inni dopiero wrzucali składniki, pewnie myślał, że i my nie zdążymy.

            - Już, już.- odpowiedziałam i się uśmiechnęłam- Jeszcze tylko 4 sekundy.- patrząc na czasomierz, co do sekundy wyłączyłam palnik. Wzięłam fiolkę, nalałam do niej płynu i podałam mu ją.
            - Co pani uwarzyła, panno Madelstone?- zapytał, wąchając eliksir, chociaż doskonale znał odpowiedź.
            - Zgodnie z pana poleceniem, Eliksir Słodkiego Snu, profesorze.- odpowiedziałam zadowolona ze swojej pracy. Był idealny, nigdy nie uwarzyłam doskonalszego.
            - Czy został uważony zgodnie z książką?- zapytał z podejrzliwym uśmieszkiem.
            - Nie, profesorze. Posłużyłam się własnym, właściwym przepisem.- rzekłam, wiedząc, że i tak jestem na przegranej pozycji, że zaraz i tak odwróci kota ogonem tak, że ja nie będę miała racji.
            - Uważa pani, że przepis, który wam dałem, jest błędny? Pięć punktów od Gryffindoru! 

            Już chciałam coś powiedzie, bo wiedziałam, że mam rację, ale wtedy Drako złapał mój wzrok i pokręcił głową, mówiącą: „nie warto, przecież wiesz”. Wiedziałam.

            - Przepraszam. – powiedziałam tylko i spuściłam wzrok.

            Był zdziwiony i wściekły, że nie mógł odjąć naszemu Domowi więcej punktów.

            - Idealny.- mruknął, patrząc na fiolkę, ale byłam jedyną osobą, która usłyszała jego słowa. Nawet siedząca kilkanaście centymetrów dalej Emma nie miała o niczym pojęcia.

            Uśmiechnęłam się do niego, a on wykrzywił usta.

            - Przestań się głupio śmiać, Madelstone!- warknął i odszedł do swojego biurka, za którym bezszelestnie zasiadł.

            Przestałam się uśmiechać, a on po paru minutach zarządził odłożenie wszystkim narzędzi i wyłączenie kociołków oraz napełnienie fiolek.
            Snape przechadzał się po sali oglądając owoce pracy pozostałych uczniów. Większość nie zdążyła przygotować eliksiru, a ci, którym się to udało zostali obdarzeni wyśmiewającym wzrokiem i złośliwym komentarzem: „Jesteś aż tak tępy, że nie umiesz zauważyć błędów w przepisie?”. Istna paranoja. Zaprzeczał sam sobie.
            Po zakończeniu poniżania i narzekaniu, jak to wiele składników zmarnowaliśmy, dał ręką sygnał, że można wychodzić. Chciałam zniknąć jak najszybciej, ale wtedy zabrzmiał głos profesora.

            - Madelstone i Malfoy zostają! Co do raszty- natychmiast wyjść!- krzyknął, a sala opróżniła się w kilka sekund. Nikt nie chciał stanąć mu na drodze, cokolwiek miał w planach odnośnie naszej dwójki.

            Oboje podeszliśmy na wysokość pierwszych ławek i stanęliśmy obok siebie. Czekaliśmy, aż on powie coś pierwszy
            Odrzucił do tyłu swoje czarne szaty i zasiadł w swoim fotelu.

            - Czy któreś z was jest łaskaw powiedzieć mi, gdzie wczoraj zniknęliście?- zapytał, wyjątkowo, patrząc nam w oczy, spoglądają to na mnie, to na Drako. Robił to specjalnie, przecież znał odpowiedź!

            Cisza.

            - Po dwadzieścia punktów za brak odpowiedzi!- krzyknął.

            Spojrzałam ukratkiem na blondyna. Był twardy. Ja też.

            - Trzydzieści za ignorancję!- patrzył na mnie, nie na niego. On przecież był jego wychowankiem.- Drako, masz szlaban na tydzień. Zgłoś się do Filcha.

            Drako stał wytrwale obok mnie.

            - Wyjdź, Malfoy!!!- wrzasnął.

            Po jednym spojrzeniu w moją stronę wyszedł. Snape zatrzasnął zanim różdżką drzwi i w ten sam sposób je wyciszył.

            - Może teraz dowiem się prawdy.- powiedział ironicznie.

            Chciałam już coś wymyśleć i powiedzieć, ale on wszedł mi w słowo, osądzając zbliżające się kłamstwo po moich oczach.

            - Nie kłam, Claudia!- spojrzał na mnie morderczym wzrokiem. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nazwał mnie po imieniu. W sumie, wcale nie przypominałam sobie podobnej sytuacji.

            Uspokoiłam się i westchnęłam.

            - Byliśmy z Zakazanym Lesie, profesorze.- wyjawiłam.
            - Byliśmy…- przedrzeźnił mnie tak samo jak ja, akcentując pierwszą sylabę.- A co tam porabialiście?- znów tak samo zaakcentował.
            - Biwak urządziliśmy.

            Częściowo nie kłamałam. Namiot przecież był rozstawiony. Prawdą jest, oczywiście, że mieliśmy dojść do porozumienia w sprawie obiadu, ale Drako już dawno odpowiedział Voldemortowi na te zaproszenie, pisząc, że idzie ze mną. Granie histerii przed Dumbledorem i Snape’m było niezłym wyzwaniem, ale i niezłą zabawą.

            - Oczywiście nie muszę mówić, że czeka cię szlaban.

            Nie protestowałam, wiedziałam, że kara była zasłużona.

            - Pół roku za niedziałanie zgodnie z przepisem na eliksir i narażenie klasy na niebezpieczeństwo.- powiedział z uśmiechem zwycięzcy i mrugnął porozumiewawczo.

            Wiedziałam, że to nie za WŁAŚCIWY przepis dostaję szlaban, a za nocną schadzkę z Drakonem, a konkretnie wycieczkę do Zakazanego Lasy w środku nocy, ale on nie mógł podać prawdziwego powodu.

            - Codziennie o 20.30, w Sali Eliksirów.- powiedział z przymrożonymi oczami.

            Kiwnęłam głową i już chciałam wychodzić, nawet się odwróciłam, żeby skierować się ku wyjściu, ale znów w tym wielkim pomieszczeniu rozbrzmiał głos czarnowłosego mężczyzny.

            - Madelstone!- gdy usłyszałam swoje nazwisko znów się odwróciłam.

            Zrobiłam to jednak zbyt gwałtownie i prawie na niego wpadłam. Dzieliły nas centymetry. Poczułam jego zapach. Nie perfum, czy wód kolońskich. Jego osobisty zapach. Nie umiem do końca określić, co to było. Może trochę mięty i cytrusów, które tak uwielbiałam… Wiem, że zapach był odurzający i przyciągał jak magnez. Woń ta natychmiast wskoczyła na pierwsze miejsce zapachów przeze mnie pożądanych

            - Przynieś swoją POPRAWIONĄ książkę z eliksirami, chciałbym ją przejrzeć.- spojrzał na mnie z góry i kazał wyjść.

            Nie zwlekała. Opuściłam pospiesznie pomieszczenie, zastanawiając się, co właściwie właśnie się wydarzyło i udałam się do łazienki Jęczącej Marty. Przy wejściu do niej czekał już na mnie przystojny i kochany blondyn.