piątek, 9 listopada 2012

Pokonani - 12. Kalejdoskop emocji


12.Kalejdoskop emocji


Obudził mnie dziwny świst dochodzący z kominka.
Otworzyłem szybko oczy i ujrzałem przed sobą prostą i jak zawsze nienagannie ubraną sylwetkę Lucjusza.
- Co ty tu robisz!- mruknąłem, niezadowolony z nieplanowanej pobudki.
- Za pół godziny masz śniadanie! Myślałem, że już nie śpisz!- bronił się i usiadł na jednym z foteli.
Przez chwilę analizowałem jego słowa.
- Pół godziny?!!!- doznałem olśnienia i zerwałem się na równe nogi.
- Spokojnie, zdążysz.- odparł wyraźniej zaskoczony moją reakcją.
Wleciałem do łazienki, gdzie opłukałem wodą twarz i założyłem czarną koszulę i spodnie tego samego koloru.
- Czemu nie spałeś w sypialni?- zapytał zdziwiony.
- Bo jest zajęta.- odparłem zdenerwowany. Co ja miałem zrobić? Wejść? Nie wejść? Skutki wcześniejszego niemyślenia.
- Przez kogo?!- nie krył zdziwienia.
- Możesz otworzyć drzwi?- zwróciłem się do niego z pełną desperacją.
Uniósł się powolnie z fotela, z tą cholerną,  nie na miejscu, gracją i podszedł do drzwi.
- Dziwny dzisiaj jesteś.- skwitował, nacisnął klamkę i wszedł do pokoju.- Nikogo nie ma!- poinformował mnie, a ja podążyłem za nim.
- Rzeczywiście.- stwierdziłem jeszcze nie do końca trzeźwo, ale z ulgą.
- A kogo się spodziewałeś?- wyśmiał mnie.
- Panna Madelstone czekała na mnie wczoraj pod drzwiami. Nie miałem innego wyjścia, jak zabrać ją do środka. Była cała we krwi, nigdy nie słyszałem takiego płaczu…- wspominałem tamten obraz z nocy.
- Może ci się zdawało…- Lucjusz wydawał się w to wszystko nie wierzyć.
- NIE. ZDAWAŁO.- warknąłem przez zaciśnięte zęby, po czym przeszedłem parę kroków w stronę łóżka, idealnie pościelonego, złapałem poduszkę i przytknąłem do nosa.- Czym ci to pachnie?- rzuciłem poduszkę do przyjaciela.
Lucjusz wywrócił oczami i też powąchał poduszkę.
- Różami…- powiedział zdziwiony.
- I to jest dowód na to, że tu była. Nie próbuj mi wmówić, że nie poczułeś wczoraj jej zapachu.- odetchnąłem z ulgą.
Chociaż nie wiedziałem, co się z nią stało, to przynajmniej byłem pewien, że nie zwariowałem.
- Masz rację, pachniała różami. Bardzo charakterystyczny zapach.- stwierdził.
- No dobrze, skoro już wiem, że nie oszalałem, to może wyjaśnisz mi powód twojej wizyty…- zaproponowałem.
- Przyszła mi do głowy taka myśl, żeby wtajemniczyć ją już we wszystko.- zrobił pauzę i spojrzał na mnie.- Claudię.- dodał, jakbym miał w ogóle wątpliwości, o kogo chodzi.
- Cóż, muszę przyznać, że z tego samego powodu chciałem wysłać ci dzisiaj sowę. Pomyślałem, że we dwóch niczego nie pominiemy.
- No, to jesteśmy umówieni. Nie będzie problemu, żeby przyszła?
- Ma półroczny szlaban.- mruknąłem znów myśląc, czy nie przesadziłem.
- A tak… Drako coś wspominał, że nie chciałeś jej puścić na Wymianę.- spojrzał na mnie jakby chciał zrobić mi wyrzuty sumienia.
- Ten szlaban to trochę więcej niż szlaban, Lucjuszu.
Uniósł brew w oczekiwaniu na dopełnienie odpowiedzi.
- Drako nie powinien o tym wiedzieć.- uprzedziłem.- Panna Madelstone ma u mnie praktyki. Szlaban to już teraz tylko przykrywka.
- Praktyki?! U ciebie?!- nie mógł wyjść z podziwu.- I ty, tak z własnej woli…?
- Nie!- przerwałem.- Dumbledore mnie zmusił. Ja nigdy nie daję praktyk.- spojrzałem na zegarek.- To ma nie wyjść z tego pokoju. Drako nie może się dowiedzieć, nikt nie może. Trzymaj swoje myśli na wodzy.
Kiwnął głową.
- To o której?- zapytał.
- W pół do dziewiątej.- odpowiedziałem.
- To do zobaczenia.- powiedział i zniknął w kominku.
Przeszedłem do laboratorium, skąd wziąłem dwie fiolki z eliksirem wzmacniającym.
Poczułem niespodziewane ukłucie w plecach. Złapałem się za to miejsce, ale za chwilę już przestało boleć. Byłem już przyzwyczajony do Crucjatusa.
Założyłem szatę wierzchnią i wyszedłem ze swoich kwater, uprzednio zabierając jeszcze różdżkę ze stołu.
Na korytarzach było już pełno uczni, kierujących się do Wielkiej Sali na śniadanie. Nie szedłem wśród tłumu. Gdy mnie widzieli, rozstępowali się na boki. W myślach uśmiechałem się złowieszczo.

- Proszę na mnie poczekać, profesorze!- usłyszałem krzyk w myślach.
- A gdzie się pani znajduje, panno Madelstone?- zapytałem.
- Na oko 30 metrów za panem.- biegła. Czułem jak szybko oddycha. Musiała mnie gonić od dłuższego czasu.

Zwolniłem kroku. Po chwili dobiegł mnie tak upragniony tamtego dnia przeze mnie zapach czerwonych róż. Kroczyła już obok mnie.
- Musimy porozmawiać.- powiedziałem.
- Również zauważyłam taką potrzebę.- przyznała mi rację z trudnym do zinterpretowania uśmiechem.
Gdy doszliśmy do drzwi, otworzyłem je i sam się sobie dziwiąc, przytrzymałem je, aż wejdzie do środka.
- Bardzo dziękuję, profesorze.- powiedziała zdziwiona moim działanie, pewnie nie mniej niż ja, a jej oczy rozbłysły milionem iskierek. Nie umiałem ukryć przed sobą, że bardzo mi się to spodobało.
Przeszliśmy do stołu nauczycielskiego. Brakowało tylko nas. W pewnym sensie, dalej nie rozumiałem, dlaczego siedziała razem profesorstwem, ale powoli przestało mi to przeszkadzać. W zasadzie zacząłem się cieszyć na myśl o wspólnych posiłkach, chociaż i tak ganiłem siebie za to, że z dwudziesto cztero godzinnej doby spędzam z nią przynajmniej 17 godzin! Zastanawiałem się, kiedy zacznę mieć jej dość.
- Dzień dobry, profesorze Lupin.- odezwała się pogodnie.
Zmierzyłem Remusa wzrokiem.
- Dzień dobry, panno Madelstone.- odpowiedział jej równie radosnym głosem.- Wyspała się pani?- zapytał.
Zarumieniła się uroczo i spuściła głowę. Wiedziałem, o co chodzi.
- Noc nie od początku była dla mnie przyjemna, ale ostatecznie sen sprawił, że odpoczęłam.- odrzekła grzecznie, nie spoglądając na mnie.
- Mam nadzieję, że dzisiaj już od początku nie będzie się  musiała pani kłopotać z zaśnięciem.
- Ja także.- spojrzała na mnie i po chwili już smarowała grzankę serkiem topionym
Gdy wydawało mi się, że nikt nie patrzy, wlałem zawartości fiolek najpierw do jej szklanki z herbatą, później do swojej.
Spojrzała na mnie zdziwiona.

- Eliksir Wzmacniający.- przesłałem jej.
Czułem jak przymyka oczy i kosztuje słodzonej mieszanki, którą przed chwilą stworzyłem.
Wiedziałem, że nie czuje się komfortowo. Przecież czułem wszystko to, co ona, gdy tylko chciałem.
- O której wyszłaś?- zapytałem.

Podniosła nagle wzrok i spojrzała na mnie, znów zarumieniona. Trwało to tylko chwilę, zanim znów wlepiła wzrok w swój talerz.

- Obudziłam się około siódmej.- powiedziała.- Bardzo przepraszam za moje wczorajsze zachowanie.- czuła się zażenowana.- I dziękuję za pomoc. Nie miałam prawa wymuszać na panu takiej rzeczy…
- Podałem ci Eliksir Słodkiego Snu. Nie miałaś szans dojść choćby do pokoju wspólnego  swojego Domu.- wytłumaczyłem.
- Jednak… Gdy dziś się obudziłam, nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Dobrze, że drzwi do laboratorium były uchylone, bo w zasadzie nigdy bym się nie domyśliła… Wyczyścił mi pan sukienkę…- wspomniała.
- Smarowałem cię maścią.- odparłem szczerze, a ona o tym wiedziała, bo to czuła. Wiedziała, że nic więcej się nie wydarzyło.
- Ufam panu, profesorze.- wyznała, patrząc prosto w moje oczy.

Jej tęczówki miały dzisiaj trochę inny odcień zieleni. Może to przez światło, ale wydawały się być ciemniejsze niż wcześniej.

- Lucjusz Malfoy odwiedził mnie rano.- powiedziałem.
Poczułem na sobie jej pytające spojrzenie, chociaż nie odkręciłem głowy.
- Dzisiaj, na szlabanie planujemy wtajemniczyć cię już we wszystko to, co może się wydarzyć, co jest stałym elementem tej gry.- dokończyłem.
- Na dwudziestą trzydzieści?
- Uhm.- potwierdziłem mruknięciem.
Przez parę sekund się nie odzywała, ale po chwili zmieniła temat.
- Mam chodzić na zajęcia razem z Rybakami?- zadała pytanie.
- A są ci one potrzebne?- odpowiedziałem.
- Tak naprawdę, nie. Są daleko w tyle z materiałem. Na eliksirach, w swoich szkołach dopiero zaczynają eliksiry lecznicze, trzeci rozdział. Podobnie z zaklęciami i transmutacją.
- To dobrze, że nie są ci potrzebne, bo ty jesteś potrzebna mnie.- odparłem długo niemyśląc.

Spojrzała na mnie zdziwiona i zaciekawiona.

- Zobaczysz…- szepnąłem tajemniczo, pozostawiając w nieświadomości.

Od dawna czułem na sobie pewien wzrok, oczy przyglądające się mnie i Claudii.
- Lupin!- warknąłem tak samo jak poprzedniego dnia i spojrzałem na niego ponad  moją uczennicą.
Remus spuścił wzrok, zmieszany.
- Jeśli myślisz, że możesz się bezkarnie przyglądać mnie i pannie Madelstone bez powodu, to się grubo mylisz!- wysyczałem.

Claudia zaśmiała się cicho w myślach.

- Wybacz, Severusie. Wilcza ciekawość jest trudna do opanowania.- tłumaczył się.- Wczoraj tak zażyle, jak na ciebie, rozmawialiście, a dzisiaj taka cisza…
Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, żeby nie wrzasnąć. Gorzej by tylko wyszła na tym siedząca pomiędzy nami Ślizgonka.
- Jeszcze raz przyłapię cię na wpatrywaniu się we mnie, czy pannę Madelstone, to poczekam do pełni i powyrywam ci wszystkie łapy!- krzyknąłem cicho, żeby nikt inny mnie nie słyszał, tylko adresat mojej groźby.

Tym razem zaśmiała się głośniej. Uśmiechnąłem się do siebie na myśl o tym, że ją rozbawiłem.

- Wszystko w porządku. Przepraszam, Severusie. Jednego tylko nie rozumiem, dlaczego masz czekać do pełni…- pytał całkiem poważnie.
Spojrzałem na niego takim wzrokiem, jakim wczoraj na tego mężczyzną, duszącego Claudię.
- ZAMKNIJ SIĘ, LUPIN!!!- wrzasnąłem na całe gardło.
Wszyscy spojrzeli się na mnie zaskoczonym wzrokiem. Cisza na całej Wielkiej Sali.
Wstałem i wyszedłem, nie mając zamiaru tego tolerować.
- Kontynuujcie śniadanie.- usłyszałem tylko głos Claudii, Prefekt Naczelnej.
Długimi krokami kierowałem się do Sali Eliksirów.
Usłyszałem, jak drzwi Wielkiej Sali otwierają się jeszcze raz.

- Profesorze!- krzyknęła w myślach.

Nie zatrzymałem się

- Profesorze!!!- ponowiła trochę głośniej.

Wpadłem do Sali i zamknąłem drzwi.
Usiadłem za biurkiem.
- Alohomora!- usłyszałem cichy głos zza drzwi.
Weszła bez problemu i rzuciła trudniejszy urok blokujący drzwi niż ten, rzucony przeze mnie, który w zasadzie urokiem nie był.
Podeszła  do mojego biurka i spojrzała na mnie współczującym wzrokiem.
Nigdy nie chciałem, żeby ktoś mi współczuł, ale nie miałem siły walczyć także z nią. Ani wtedy, ani kiedy indziej.
- Profesorze…- szepnęła. Na pewno wyczułem w niej lekki strach.
- Nie możesz chociaż raz zostawić mnie w spokoju!!!- krzyknąłem, a ona cofnęła się parę kroków do tyłu, nie kontrolując tego.

- Cholera!!! Przestraszyłś ją! A przecież chciała jak najlepiej…

- Przepraszam…- odrzekła jedynym słowem, które jej przychodziło jej do głowy.
- Z co ty, do cholery, znowu mnie przepraszasz?!- warknąłem wyprowadzony z równowagi.- To nie twoje wina. Tylko tego… Tego psa!- znalazłem właściwe słowo i zauważyłem, że właśnie poniżałem nauczyciela w obecności uczennicy. I tak nie mogłem już nic zrobić…
Cofnęła się jeszcze bardziej.
Zeszła z podwyższenia i kierowała się już do drzwi.

Czuła się skrzywdzona.

Widziałem małe kropelki spływające po jej policzkach.
Wyszła z Sali, a ja nie zrobiłem nic, by ją zatrzymać…

- Nigdy sobie tego nie wybaczysz, durniu!- czułem jak moje serce się ode mnie odwraca czując się odrzucone i zignorowane.

Wiedziałem, że tak będzie.




Wybiegłam z Sali Eliksirów i skierowałam się do swojego pokoju w kwaterach Slytherinu. Rękawem ocierałam łzy lecące po policzkach, piekące, jak nigdy wcześniej.
Padłam na łóżko i wybuchłam płaczem głośniej niż kiedykolwiek.
Nie mogłam znieść tych jego zmian nastroju.

- Snape zawsze pozostanie Snape’m, Claudio.- podpowiadał mi umysł.- Choćbyś nie wiem jak się starała. Wiem, że chciałaś podnieść go na duchu, uspokoić, ale on musi sam nauczyć się to robić. Jak widzisz, lepiej trzymać się od niego z daleka.

- Chyba nie mam innego wyjścia…- stwierdziłam, mówiąc do siebie.
Mijały kolejne minuty.
Poleżałam jeszcze chwilę, po czym zaklęciem wyczyściłam swoją twarz i rękawy bluzki, wzięłam torbę z książkami i wyszłam z pokoju wspólnego, kierując się do Sali, z której wyszłam piętnaści minut wcześniej.
Lekcje już się zaczęły. Korytarze były puste.
Weszłam do Eliksirowni bez śladu po jakimkolwiek płaczu. Ławki zajmowali uczniowie Wymiany. Snape siedział za biurkiem, niezwracając na nich uwagi.

- Co za dupek!!!- krzyknęły moje myśli. Byłam wściekła.

Oczywiście nie przemyślałam tego, że im więcej emocji w sobie kryję, tym trudniej zachować moje myśli tylko dla siebie.
Spojrzał się na mnie w momencie, gdy pomyślałam o nim w ten jakże obraźliwy sposób. Jego oczy nic nie wyrażały, a i ja miałam to gdzieś, czy przedłuży mi teraz szlaban, wyzwie na środku klasy, czy wyda Voldemortowi, co skutkowałoby moją śmiercią.

- Nie wydam cię Voldemortowi.- powiedział cicho, wyraźnie rozbawiony moimi przemyśleniami. Miałam teraz pewność, że przez moje emocje z nim związane, usłyszał wszystko.
- Nie uważałabym tego za śmieszne, profesorze.- odpowiedziałam ostro, a mój wzrok, wpatrzony w jego był identyczny. Ostry i surowy.

- Oto przybyła wasza nauczycielka. Chyba nie muszę przedstawiać.- mruknął zza biurka, a ja rozłożyłam swoje rzeczy na swoim.
Spojrzałam na kartkę z programem nauczania, pamiętając, gdzie są w swoich szkołach.
Objęłam klasę wzrokiem.
- No, chyba sobie żartujecie!- krzyknęłam już dawno wytrącona z równowagi. To, że zauważyłam, że siedzą pogrupowani płciami, rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej. Nawet Snape wydawał się być zdziwiony.- Wszyscy wstać, spakować się i pod drzwi!- rozkazałam. Zrobili to bez mrugnięcia okiem w mniej niż piętnaście sekund.- Do każdej ławki zapraszam po jednej dziewczynie. Do nich dosiądą się chłopacy. Jeden z was usiądzie sam. Nie po to organizuje się Wymianę, żebyście nie nauczyli się, że płeć przeciwna nie gryzie!- wyśmiałam ich lekko. Wszyscy byli już na swoich miejscach.- Zawsze będziecie tak siedzieć. Teraz, otwórzcie książki na stronie 205 i zapraszam jedną osobę z pary po składniki do szafy.- wskazałam na mebel po swojej lewej.- Z góry przepraszam za swoje dzisiejsze zachowanie, mam nadzieję, że do wieczora mi przejdzie.- powiedziałam szczerze i ze skruchą widoczną dla każdego.- Nastąpiło dzisiaj bezprawne zdenerwowanie mojej osoby i proszę o nieprzeciąganie struny na dzisiejszych zajęciach.- uśmiechnęłam się, a klasa zaśmiała się cicho.
Wiedziałam, że mi wybaczyli początkową ostrość.
Ustawili się w kolejce po składniki. Każdemu wydałam zgodne z błędnymi przepisami proporcje różnych składników. Przepisy były tak skonstruowane, że zawsze trzeba było wziąć mniej. Trzeba było jedynie wiedzieć, o ile mniej.

- Coś, co ja mam, nawet jak jestem wkurzona i prawie przezywam każdego, kogo napotkam, a on nie?- zadałam pytanie w myślach i od razu na nie odpowiedziałam, śmiejąc się cicho pod nosem.- Urok osobisty.

- Eliksir Wiggenowy.- ogłosiłam na wszelki wypadek, jakby pomylili strony w książkach.- Proszę uważnie się wczytać w przepis. Wygląda dość niepozornie.- uśmiechnęłam się do nic- niepodejrzewający uczniów.
Opadłam na krzesło i sama zaczęłam go przyrządzać, znając właściwe proporcje.
Snape mnie obserwował, każdy ruch. I na pewno też słyszał moją poprzednią myśl. I szczerze, to nawet chciałam, żeby ją usłyszał. Była skierowana szczególnie do niego!
Lekcja mijała spokojnie. Skupiłam się na własnym kociołku i w zasadzie nie zwracałam zbytniej uwago na klasę, nauczona sześcioma latami lekcji ze Snape’m.
Wybudził mnie jakiś dziwny szelest i zapinanie zamka w torbie.
Spojrzałam przed siebie i z przerażeniem zobaczyłam, co się dzieje. Zerwałam się z miejsca w mniej niż jedną dziesiątą sekundy.
- Arresto Momentum!- krzyknęłam i skierowałam, szybko dobytą różdżkę w jednego z uczniów.
Snape aż podskoczył na krześle i z wściekłością na mnie spojrzał, że jak ja śmię straszyć go krzykiem, gdy on zamyślony sprawdza wypracowania. Jeszcze nie wiedział, jak wiele dla niego zrobiła.
Ucznia, którym był Sylvester Sancjo, jak zdążyłam się zorientować poprzedniego wieczoru, zaklęcie zatrzymało w miejscu na parę sekund.
To mi wystarczyło, żeby z wściekłością wykrzyknąć kolejny zaklęcie.
- Accio!- wskazałam na przedmiot w jego ręce i chyba dopiero wtedy, gdy miałam go w ręce, Snape również się wściekł, jednak się nie wtrącał. Sylvester już się wybudził, zdziwiony szybką akcją i tymczasowym zatrzymaniem.- CO TO MA BYĆ!!!- wrzasnęłam i pokazałam na butelkę wody mineralnej, którą trzymałam w ręce, już odkręconą. Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni. I ja też taka byłam, wiedząc, co mogło się stać.- Nie mieliście przepisów obowiązujących na Eliksirach?!!!- krzyczałam. Nie odzywali się.
Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, ale już z góry byłam na przegranej pozycji w mojej walce z gniewem i przerażeniem.
- Wiesz, co by się stało, gdybyś to wypił?!!!- spojrzałam prosto na niego. Nie zmieniłam siły mojego głosu.
Wbił się w krzesło i obserwował mnie przestraszony.
Bez dłuższego myślenia, przechyliłam butelkę i wylałam jej zawartość na podłogę podestu, gdzie wszyscy mogli zobaczyć, jak ciecz wyżera w niej dziurę.
Patrzyli z jeszcze większym przerażeniem, gdy pomyśleli, że to samo mogło stać się z nim. Sam Sylvester oddychał ciężko, jakby miał za chwilę zemdleć.
- Zdajecie sobie sprawę z togo, co właśnie warzycie?!- krzyczałam trochę ciszej, ale nie byłam mniej wściekła. Rzuciłam z całej siły pustą butelką na koniec Sali, pod drzwi.
Snape patrzył z równie wielkim strachem jak i podziwem w oczach.
- TE. PRZEPISY. NIE SĄ. POPRAWNE.- wywarczałam przez zaciśniętą szczękę.- Mieliście uwarzyć eliksir leczniczy, a zdajecie sobie sprawę z tego, co znajduje się w waszych kociołkach, jeśli zrobiliście to zgodnie z przepisem z książki?!- zeszłam z podwyższenia i podeszłam do pierwszej ławki. Nabrałam do fiolki ciemno granatowej cieczy i uniosłam wysoko, żeby każdy zobaczył.- Eliksir Dolorevulne» !!! Najniebezpieczniejszy eliksir, jaki istnieje! Jego opary z powietrza, połączone z butelką wody, otwartą nad samym kociołkiem tworzą kwas, który, jak widzieliście, wyżarł stalowo- drewnianą konstrukcję podestu! Jeszcze raz zobaczę, picie lub jedzenie w tej Sali, to wasz szlaban nie skończy się do Świąt Wielkanocy!!!- zarzuciłam peleryną i wróciłam na swoje miejsce.- Reparo!- rzuciłam dalej wściekła na podłogę, która od razu zaczęła wracać do stanu poprzedniego.
Doszedł mnie nagły, jeszcze większy przypływ wściekłości.
- WSZYSTKO. MACIE. ŹLE!!! WYJDŹCIE STĄD!!!- rozkazałam, ale się nie ruszyli.- NATYCHMIAST!!! I TO JUŻ!!!- cała sala opustoszała w mniej niż pięć sekund.
Oparłam się rękoma o blat biurka, zamknęłam oczy, z których mimowolnie zaczęły lecieć łzy i próbowałam uspokoić się głębokimi, długimi wdechami.
Nagle poczułam rękę na swoim ramieniu. Odwróciłam się od razu, by zobaczyć mojego profesora.
Oddech nadal nie chciał mi się uspokoić. Wtedy zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Patrząc cały czas dokładnie w moje oczy, podniósł kciuk do mojej twarzy i otarł gorącą, słoną i piekącą łzę.
Nie wytrzymałam już dłużej. Mimo tego, jak bardzo mnie wkurzył jeszcze godzinę wcześniej, nie umiałam zmienić swoich odczuć.
Zarzuciłam mu ręce na szyję i przytuliłam się do niego mocno, dając upust wszystkim emocjom, gromadzonym w sobie od wczorajszej nocy, poprzez ranek i to jak bardzo wyprowadził mnie z równowagi, kończąc na ułamku sekundy, dzielącym ucznia Wymiany od śmierci.
Zdrętwiał, gdy tylko go dotknęłam. Gdy przywarłam w uścisku do niego całym ciałem, był sztywny, jak deska. Nie poruszał się, sprawiał wręcz wrażenie nieoddychającego, więc jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy poczułam jego lodowatą dłoń na swoich łopatkach, a zaraz drugą, trochę niżej, na plecach.
Jego czarna szata była już całkowicie mokra na jego lewym ramieniu, gdzie moje łzy wnikały w materiał.
Nic nie mówił. Pozwolił ulecieć moim łzom do końca. Był zaskoczony, ale po chwili przyzwyczaił się do nowej sytuacji.
- Claudia.- odezwał się po parunastu minutach, a ja zrozumiałam, ze już czas się odkleić. Oczy miałam zaczerwienione, na pewno. Spojrzałam na niego zawstydzonym wzrokiem.- W ciągu dokładnie trzech minut zdążyłaś ochrzanić swoich wychowanków, uratować jednemu życie, uchronić mnie przed wylaniem i zakazem wykonywania zawodu, a także dać im wykład na temat najniebezpieczniejszego eliksiru, wyrzucić całą klasę za drzwi i zmoczyć łzami moją szatę.- miałam wrażenie, że mówił to głosem pełnym podziwu, jednak nie byłam pewna.- 200 punktów dla Slytherinu, panno Madelstone. Ustanowiła pani nowy rekord. Podczas kolejnej Rady Profesorskiej z chęcią wytłumaczę się z tej nagrody.- uśmiechnął się delikatnie.
Rzucił zaklęcie sprzątające i po kilkunastu sekundach nie było już śladu po jakichkolwiek zajęciach.
- Jeszcze rano miałem nadzieję, że zajmiesz się warzeniem Eliksiru Tojadowego dla Lupina, ale sam nie jestem pewien, czy chcę dać mu taką rzecz.- powiedział chłodnym, głosem, ale sprawił, że miło zatapiałam się jego oczach.
- To byłaby miła odskocznia, profesorze, tym bardziej, że warzyłam ten wywar tylko parę razy.- odpowiedziałam szczerze, a on o tym wiedział, bo na nowo otworzyłam przed nim swój umysł.
- W takim razie, proszę zająć spokoje miejsce w moim kantorku, na pewno będzie ci tam wygodniej. Zajmę się zwolnieniem z lekcji, jednak, gdybyś zmieniła zdanie i chciała uczestniczyć w godzinach przewidzianych programowo, proszę mnie poinformować. Nie będę robić problemów.
- Dziękuję, profesorze.- uśmiechnęłam się lekko.
Skinął tylko głową i zaprowadził do swojego kantorka.
Później zostawił mnie samą ze składnikami i moją „poprawioną” książką. Sam wrócił do Sali. Lekcje zaczynał szósty rok Slytherinu i Gryffindoru. Oh… Jak oni się kochali…
Niedługo po tym, jak dodałam do wody kwiaty akonitu, usłyszałam nieprzyjemne dźwięki, dochodzące z Sali. W zasadzie, tylko czekałam, aż wybuchnie jakaś kłótnia.
- Co ty robisz, idiotko!?- usłyszałam znajomy głos jednego ze Ślizgonów. Nie mogłam sobie tylko przypomnieć, do kogo należał.
- To ty źle rozgniotłeś pancernika, żmijo!- syknęła do niego dziewczyna.
- Jak śmiesz mówić tak do mnie!?- wściekł się.
- Panie Golthic, panno Hawkins!- zaczął poirytowany Sanpe.- Proszę się zamknąć i wrócić do pracy!
Cisza.
Zamieszałam w kociołku, a opary niedokończonego wywaru drażniły już moje gardło. Wzięłam się za właściwe rozdrabnianie dżdżownicy. Naprawdę, nie był to najprostszy do przygotowania eliksir, mimo iż najszybszy, jeśli chodzi o czas przygotowania.
- Co ty znowu odwalasz, szlamo?!- znów zawarczał David Golthic.
- A jak myślisz, dupku?! Odwalam za ciebie całą robotę!!!- wrzasnęła Geraldine.

- Ale im się dostanie…- myślałam.- Snape i tak jest dzisiaj na skraju wytrzymałości…

Cisza.
Stanęłam przy futrynie, by obserwować, co się wydarzy.
Oboje mierzyli do siebie różdżkami.
- Zamknąć się!!!- krzyknął profesor i po dosłownie sekundzie, stał już obok nich i zabierał im różdżki.- Panno Hawkins, panie Golthic, po dwadzieścia punktów od każdego. Oboje szlaban u Filtcha, przez dwa tygodnie.- powiedział mroźnym głosem.- Dopilnuję, żebyście wykonywali wszelkie prace razem.- podkreślił ostatnie słowo.- Jeszcze raz usłyszę jakieś rozmowy, krzyki, czy kłótnie, traficie na kolejny miesiąc do mnie.- zagroził.
Geraldine fuknęła i powróciła do ławki.
- Ale przecież to ona…- zaczął David, ale zamknął się na widok morderczego spojrzenia Mistrza.
- To było moje ostatnie ostrzeżenie.- przypomniał.- Jak dobrze pan wie, nie lubię się powtarzać.- spojrzał na niego perswazyjnie i oboje wrócili na swoje miejsca.
Uśmiechnęłam się łagodnie, gdy zdołałam złapać jego wzrok, w zasadzie mogłam stwierdzić, że i on szukał mojego. Nie zareagował. Przecież nikt z klasy nie wiedział o mojej obecności.
Powróciłam do Eliksiru Tojadowego.
Minęła godzina i dodałam szklankę żabiego skrzeku. Wyglądał naprawdę nieapetycznie. Już nie mówiąc o tym, że po dodaniu go, eliksir nareszcie zaczął śmierdzieć tak jak powinien, czyli mocno, toksycznie i w ogóle tak, że nie wyobrażałam sobie, jak profesor Remus Lupin mógł to pić dzień w dzień przez tydzień, każdego miesiąca. Ten odór był w stanie rozłożyć na łopatki każdego.
Eliksir był gotowy na koniec lekcji. Po tym, jak wszyscy wyszli z klasy, Snape przyszedł do mnie, żeby zobaczyć, jak mi idzie. Oczywiście, szło mi świetnie, jak zawsze. Byłam już w lepszym humorze. Gdy rozlewałam eliksir do siedmiu naczyń- każda szklanka na jeden dzień- przyglądał mi się dziwnie. Czułam jego wzrok na moich dłoniach, co sprawiło, że zaczęły mi drżeć. Skwitował to ironicznie i powiedział, że jestem już wolna, ale zanim pozwolił mi wyjść, kazał mi jeszcze napisać esej na temat użyteczności Eliksiru Tojadowego i jego wpływie na inne istoty magiczne oraz przekazać Lupinowi, że wywar jest gotowy do odebrania.
Po obiedzie szybko znalazłam profesora Obrony Przed Czarną Magią i przekazałam mu informację. Wydawał się być szczęśliwy z tego powodu, ale też patrzył na mnie niepewnie, pamiętając jeszcze poranny wybuch Snape’a. Ostatecznie podziękował domyślając się, że to ja warzyłam eliksir i powiedział, że gdybym również czegoś potrzebowała, mogę się spokojnie do niego zgłosić, on zawsze mi pomoże. Uśmiechnęłam się i wyszłam z jego Sali, kierując się do biblioteki.

- Snape i te jego przeklęte referaty, eseje i wypracowania…- żachnęłam się w myślach i uśmiechnęłam jednocześnie.

Szybko znalazłam odpowiednie książki i skierowałam się do części czytelniczej, aby sporządzić notatki.
Osoba, którą tam zobaczyłam, zdawała się być w bibliotece po raz pierwszy. Chłopak z burzą brązowych włosów i orzechowymi oczami z niebezpiecznym błyskiem, leżał wyciągnięty na zielonej sofie, w części wydzielonej dla Slytherinu. Miał zamknięte oczy i wydawało się, że spał. Drako już dawno wspominał mi, że on był w naszym wieku, tylko poszedł rok później do szkoły.
- Przesuń się, Golthic. Nie jesteś tu sam.- powiedziałam zbliżając się do chłopaka, nie unosząc oczu znad książki, którą zaczęłam czytać.
Otworzył oczy i spojrzał na mnie zdziwiony i zaciekawiony, jakbym rzuciła mu wyzwanie.
- W całej bibliotece jest ponad 20 pustych kanap, a ty chcesz usiąść właśnie tu?- uniósł zawadiacko swoją prawą brew.
Odrzuciłam zjawiskowo do tyłu swoje włosy, złapałam za ich końcówki i spojrzałam na niego również unosząc prawą brew.
- A jest w tym jakiś problem?- przekrzywiłam lekko głowę na lewo.
Myślał intensywnie, po chwili zdjął nogi z kanapy i spojrzał na mnie z westchnięciem. Zajęłam miejsce po drugiej stronie kanapy, gdy on mościł się w jak najwygodniejszej pozycji w przeciwległym rogu.
Przez chwilę wodziłam wzrokiem po tekście i zapisywałam najważniejsze wnioski, które wysnuwałam, na kartce. On dalej udawał, że śpi.
- Jak bardzo „nie lubisz” Geraldine?- zapytałam nagle.
Spojrzał na mnie zdziwiony, widziałam w nim jakąś odrazę.
- To szlama.- powiedział spokojnie.- To proste, że jej nienawidzę.- patrzył na mnie podejrzliwie.- A co?- zaśmiał się mrocznie.- Obraziłem twoją przyjaciółkę, a ta ci się poskarżyła?- jego śmiech był głęboki. Zmienił pozycję.  Usiadł bokiem, bliżej mnie, bardzo blisko. Rękę położył na oparciu w taki sposób, że jego dłoń zwisała milimetry na moim ramieniem. Budował napięcie.- A może chciałabyś, żeby podroczył się z tobą?- przybliżył swoją twarz. Nie odsunęłam się, wręcz przeciwnie, odwróciłam twarz w jego stronę.
- Prawdą jest, że nigdy za nią nie przepadałam.- odparłam. Specjalnie ominęłam drugie pytanie.
Znów się zaśmiał. Cyniczny uśmieszek nie schodził z jego ust.
- Claudia Medelstone…- zamyślił się.- Dlaczego przeniosłaś się do Slytherinu?- zbliżył się jeszcze bardziej.
- A dlaczego nie, Dave…?- jego oczy rozbłysły, gdy usłyszał zdrobnienie swojego imienia.- Miałam zostać z tymi idiotami? Uważasz, że do nich pasuję?- zapytałam całkiem poważnie.
- Naprawdę chcesz znać odpowiedź?- droczył się. Patrzyłam w jego głębokie, brązowe oczy.- Tylko czekałem, żeby zobaczyć cię w tych szatach.- dotknął zielonego koloru, zdobiącego moją szatę wierzchnią.- Twój chłopak musi być zadowolony.- stwierdził.
- Jest.- odparłam.
- Taka intrygująca, tajemnicza, zjawiskowa…- zaczął wymieniać.- Ideał.- skwitował.- A teraz jeszcze reprezentuje Slytherin w Turnieju. Czego chcieć więcej?- nasze twarze dzieliły milimetry.
- Jeśli zbliżysz się jeszcze bardziej, Drako cię zabije, gdy wróci.- ostrzegłam go, ale się nie poruszyłam.
Wykonał nagły ruch i pocałował mnie. Miał słodkie i ciepłe usta. Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy oddałam pocałunek.
Oderwał się ode mnie i bez słowa wstał. Kierował się do wyjścia, ale, gdy już miał zniknąć za regałami, odwrócił się na chwilę.
- Czymże jest groźba śmierci w obliczu spełnienia?- rzucił, łapiąc mój wzrok i wyszedł z biblioteki.
Dzięki legilimencji, już dawno wiedziałam, że chciał to zrobić. On nie mógł wiedzieć, że i ja miałam podobne pragnienia, ale tak było. Oboje wiedzieliśmy, że jest to jednorazowa sprawa- fizyczna reakcja na napięcie w małej odległości dwóch osób, które są sobą zainteresowane na płaszczyźnie czysto bezuczuciowej.
Uśmiechnęłam się do siebie. W końcu go miałam. I mogłam powrócić do czytania, myśląć o tym, co mnie czeka wieczorem.



» Tłumaczenie z łaciny: dolorem - ból; vulnera – rany.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Pokonani - 11. Jedyna zasada.


11. Jedyna zasada


Dojście do bramy Hogwartu zajęło nam tylko chwilę. Cały czas czułem, jak się denerwuje. W ciszy słyszałem bicie jej serca.
Gdy doszliśmy już na miejsce i przeszliśmy na drugą stronę, zaczynało właśnie padać.
Spojrzałem na nią. Jej czarny płaszczyk szybko przemakał. Na nogach miała baleriny, bo wcześniej już kazałem założyć coś wygodnego, podejrzewałem, co się święci.
Odgarnąłem ze swojej twarzy mokre włosy, żeby ją lepiej widzieć. Skrzyżowała z zimna ręce na piersiach.
- Aportuję się. Poczekasz piętnaście minut…- zamyśliłem się. Zrobiło mi się jej żal, gdy popatrzyłem na nią, przemokniętą do suchej nitki.- Chociaż, może pięć wystarczy… Później też się aportujesz do rezydencji Malfoy’ów!- krzyczałem, bo ulewa nie pozwalał jej mnie usłyszeć. Już chciałem odejść, ale przypomniałem sobie o czymś. Złapałem ją za ramię i spojrzałem prosto w oczy. Cała jej twarz była mokra, długie włosy porozdzielane na pasma.- Tylko jedna zasada!!!- kiwnęła głową.- Każdy z nas umiera za SWOJE błędy! Ja nie umieram za ciebie, ty nie umierasz za mnie!!! Rozumiesz?!
Znów tylko kiwnięcie głową. Dzięki legilimencji poczułem jej uczucia. Bała się i czuła, że jest sama. Żebyśmy oboje mogli przeżyć, musiała być utwierdzona w tym przekonaniu.

- Powodzenia, Claudio…- pomyślałem, ale nie pozwoliłem jej dotrzeć do tych myśli.

Odsunąłem się parę kroków i aportowałem się daleko od Hogwartu.
Lucjusz już czekał przy fontannie w ogrodzie. Wiedział, kto przybędzie zaraz po mnie.



Ziemia była grzędka. Za każdym ruchem zatapiałam się głębiej. Z mojego lekkiego makijażu już nic nie zostało. Sukienka i płaszcz opadały ciężko, zlepione w jedność.

- Mógłby chociaż raz być dżentelmenem i puścić mnie pierwszą!- krzyknęłam w myślach.- Ale nie!!! Bo przecież on też sobie zmoczy szaty! Lepiej niech zostanie ta dziewczyna, która mnie tak wkurza ostatnimi czasy…!- przybrałam w myślach jego barwę głosu.

- Jakbyś mnie wysłał na Wymianę, draniu, to nikt z nas by dzisiaj nie zmókł!!!- krzyknęłam w las, udając, że może mnie usłyszeć.
Wreszcie zerknęłam na zegarek i z ulgą stwierdziłam, że minęło nawet siedem minut. Byłam szczęśliwa, ale i też przerażona jak nigdy. I to wszystko przez te dziwne podejrzenia Snape’a, którymi się ze mną nie raczył podzielić.

- Sadysta!!!- wyzwałam go w myślach.

Aportowałam się. Byłam pewna, że we właściwe miejsce, sądząc po tym, co zobaczyłam.
OGROMNY dwór państwa Malfoy, czyli tymczasowa kryjówka Voldemorta. Zapierający dech w piersiach, na pewno. Z początku stałam i przyglądałam się z przekrzywioną głową, próbując objąć ten dom wzrokiem w całości, co ostatecznie uznałam za niewykonalne i zaczęłam się zbliżać żwirową drogą do centrum ogrodu, gdzie stał ten niewiarygodnie wielki budynek. Miał dwa piętra i przynajmniej sześć trzypiętrowych wież. Wyglądał na zbudowany z granitu lub marmuru, ale w ciemności i w tej ulewie, która wcale się nie uspokajała nawet w tej części Wielkiej Brytanii, trudno było cokolwiek stwierdzić na pewno, jeżeli chodzi o budulec.
- Lumos!- szepnęłam, aby oświecić sobie dokładniej drogę do drzwi frontowych.
Na całej posesji panowała cisza.
Zastukałam kołatką trzy razy.
- Nox.- zgasiłam różdżkę, gdy drzwi zaczęły powoli się otwierać.
Stanął w nich mężczyzna wysoki, prosty, sztywny. Jego długie, platynowe włosy rozkładały się po obu ramionach. Gdy przekrzywił głowę, zaszczycając całe moje ciało dokładną analizą, zauważyłam, że jego twarz wygląda na stosunkowo młodą, ale zmęczoną, jednak jego oczy błyszczały płynną stalą. Lucjusz Malfoy. Ojciec Drakona.
- Zaprasza, panno Madelstone.- odrzekł i uchylił drzwi szerzej, aby mnie wpuścić.
Gdy byłam w środku, zauważyłam, że panował tam półmrok.
Wysuszyłam się jednym zaklęciem, a drugim oczyściła w błota, po czym pan Malfoy zabrał ode mnie płaszcz.
Gdy wieszał go za pomocą swojej laski na haczyk, dokładniej mogłam się mu przyjrzeć i zastanowić, czy zadać to pytanie. Ostatecznie zdecydowałam się to zrobić.
- Panie Malfoy.- zwróciłam na siebie jego uwagę, szeptem. Przybliżył się i wyczekiwał na to, co powiem.- Czy Drako też tu jest?- wydusiłam ze siebie w końcu, onieśmielona jego bliskością i cudownym zapachem jego, z pewnością drogiej, wody kolońskiej.
Cóż… Oto stała przede mną głowa najbogatszej rodziny czarodziejów na świecie. Czysto krwistej rodziny. Ojciec mojego chłopaka.
- Nie dostał zaproszenia z powodu Wymiany.- odpowiedział spokojnie.
- Ach…- potwierdziłam, że dostałam wiadomość i za nim udałam się do jednego z salonów, gdzie gromadzili się już wszyscy.

- Czemu ja zawsze jestem ostatnia, do cholery?!!!- zapytałam się w myślach.
- Tracisz zimną krew…- wyśmiał mnie inny głos w mojej głowie.

Odruchowo podniosłam głowę, aby poszukać Snape’a.

- Stoję przy kominku, w innym pokoju, nie szukaj mnie, panno Madelstone.- powiedział.
- Pan też by tracił, gdyby…- urwałam, gdy poczułam bliskość innego ciała za swoim.
Poczułam lekkie zaniepokojenie ze strony Snape’a.

Odwróciłam się najspokojniej, jak mogłam. Kto za mną stał? A jakże! Nikt inny, tylko Voldemort!!! Ja i moje szczęście.

- To On.- wysłałam wiadomość, żeby przestał się zastanawiać, co się dzieje, chociaż sama nie wiedziałam, po co i zerwałam połączenie.

- Dobry wieczór, Panie.- uśmiechnęłam się lekko.
Zaśmiał się złowieszczo.
- Ślizgońska zieleń?- skomentował kolor mojej sukienki.
- Tydzień temu nareszcie zamieszkałam w Domu, który uznaję za dom.- odrzekłam uprzejmie.
- I ten głupi starzec nie robił problemów?- trochę zwątpił.
- Nikt go nie pytał o zdanie.- oczy rozbłysły mi wymuszonym samozadowoleniem.
Była to zdecydowanie odpowiedź, którą był w stanie zaakceptować.
- Chodź, Claudio.- powiedział tym swoim wysokim głosikiem.- Musisz kogoś poznać. Nie od podstaw.- uśmiechnął się niebezpiecznie. Zdawało mi się, że Snape nauczył się tego uśmiechy właśnie od Niego.- Od innej strony…- zaśmiał się tajemniczo.
Wyszliśmy z tego salonu i podążyliśmy do drugiego, jeszcze większego, chociaż ten pierwszy był większy od pokojów wspólnych Slytherinu i Gryffindoru razem wziętych.
Gdy przekroczyliśmy próg, rozmowy innych nie ucichły.
- Severusie…- zapiał Płaskonosy do osoby odwróconej tyłem do wejścia, przodem do kominka. Osoba ta rozmawiała z Lucjuszem Malfoy’em.
Gdy Snape się odwrócił, wciągnęłam gwałtownie powietrze, udając zaskoczoną. Oczy otworzyłam tak szeroko, żeby wyglądały na zdziwione, trochę panikujące i odrobinę zawstydzone. Nie powiem, łatwa to sztuka nie była. Snape był opanowany, jak zawsze. Jego uczucia były w nim zamknięte przez cały czas, więc podejrzane by było, gdyby je pokazał. Natomiast jego oczy mówiły wszystko. Udawane zaskoczenie, rozbawienie, zaciekawienie i ironia. Malfoy z zainteresowaniem patrzył na odgrywaną scenkę. Wydawał się wiedzieć o wszystkim.
- Poznajesz swoją uczennicę, prawda?- pytał rozbawiony moją reakcją na mojego profesora.
- Claudia Madelstone.- Snape przełknął ślinę.- Świeża przekąska Nagini, Panie?- zapytał bezuczuciowo, mierząc mnie wzrokiem.
- Kuszące…- odparł Czarny Pan. Zadrgałam ze strachu przed byciem pożartą przez węża.- Jednak jest to mój nowy nabytek. Partnerka twoje chrześniaka, Drakona. Nowy szpieg w Hogwardzie.
- Nie wiedziałem.- odparł znudzonym głosem.
- W takim razie dokonałem właściwego wyboru. Znaczy to tyle, że Claudia dobrze się maskuje, jak Drako, w każdym razie.- dodał patrząc na Malfoy’a.- Martwi mnie, że jednak ty, Severusie, nie wykryłeś obecności szpiega.- zrobił pauzę i zmienił temat.- Podobno tydzień temu przeniosła się do twojego Domu.
- To prawda.- oczy mu rozbłysły, ale tylko ja mogłam zobaczyć i zinterpretować ten błysk- zadowolenie, że odchodzi od tematu jego przydatności.
- Doprawdy żałuj, Lucjuszu, że nie ma dzisiaj z nami Drakona. Szykuje się świetna zabawa.
Świetna zabawa… Wyczułam niebezpieczeństwo Nie bez powodu, jak się okazało.
- Jestem pewien, że doceniłby zaproszenie. Niefortunnie się złożyło, że dziś zaczęła się Wymiana. Jej uczniowie są pilnowani 24 godziny na dobę. Nie mógłby wyjść ze szkoły, nie wzbudzając podejrzeń, na czym nam nie zależy. Upewnię się, że dołączy do nas następnym razem.- obiecał Malfoy.
- Wdrąż we wszystko swoją uczennicę, Severusie. Należą się jej wyjaśnienia i objaśnienia.- dodał jeszcze Voldemort i odszedł w kierunku mniejszego salonu.
Odczekałam chwilę, uważnie wpatrując się w mojego profesora i co jakiś czas zerkając na Malfoy’a.
Spojrzałam na kryształowe żyrandole, palący się i skrzący kominek oraz wielowieczne meble i komplet wypoczynkowy.
- Wystrój jest doprawdy imponujący, panie Malfoy.- powiedziałam szczerze do blondyna.
Snape prychnął.
- Nie rozumiem, jak możesz oglądać meble w takiej sytuacji.- skomentował, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Próbuję nawiązać rozmowę, profesorze. Jeżeli chce pan zacząć te tajemnicze „wyjaśnianie i objaśnianie”, proszę bardzo.- odpowiedziałam pogodnie na jego zaczepkę.
Lucjusz Malfoy zaśmiał się cicho na to, jak szybko zagasiłam jego przyjaciela.
- To bardzo miłe z pani strony, panno Madelstone. Ten dom był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Jest bardzo cenny.- Malfoy był zdecydowanie tym milszym z tej dziwnej dwójki przyjaciół.
Mój Mistrz Eliksirów westchnął.
- Koniec tego dobrego!- warknął i wyprowadził mnie na zadaszony balkon. Ojciec Drakona podążył za nami i przymknął lekko drzwi.- Nasza wczorajsza rozmowa.- rzucił hasło.- Pamiętasz?- świdrował mnie wzrokiem.
- Zaklęci Niewybaczalne i klątwy.- powiedziałam automatycznie, zerkając nerwowo na naszego towarzysza.
- Jestem wtajemniczony, panno Madelstone.- powiedział, wyraźnie czując, że mam wątpliwości.
- Proszę mi mówić Claudia, panie Malfoy.
- Jak sobie życzysz, Claudio.- uśmiechnął się, spoglądając na przyjaciela.
Snape potrząsnął mnie za ramiona, co wybudziło mnie z transu magnetycznych oczu ojca mojego chłopaka.
- Claudia!- krzyknął mi prosto w twarz.
- No co?!- odpowiedziałam zanim dokładnie to wszystko przemyślałam.
Lucjusz Malfoy zaczął się głośno śmiać.
- Dziesięć…!- zaczął mój profesor.- Madelstone, przypomnij mi, że mam ci odjąć punkty.- opanował się. Właściciel domu wciąż śmiał się głośno i zgryźliwie.- Pamiętasz coś jeszcze z wczoraj?
Naprawdę się przejmował. Musiałam wziąć się w garść.
- Wszystko, profesorze.- powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Tak, jak podejrzewałem, Czarny Pan zaplanował na dzisiaj rzeź.- czułam krew odpływającą z moich nóg.- Dzisiejszej nocy będziesz musiała udowodnić, że umiesz zabijać.
Zakręciło mi się w głowie i osunęłam się na podłogę. W ostatniej chwili Snape złapał moje ramiona, nie pozwalając mi upaść lecz usiąść.
- Mam dosyć łapania cię.- ostrzegł mnie.- Następnym razem nawet się nie obejrzę.- patrzył na mnie z góry. Oboje patrzyli, ale to Malfoy wyciągnął rękę i pomógł mi wstać.- Plan jest dość prosty. Każdy zabierze jeden dom dla siebie. Od przypadku zależy, ile osób będzie w środku. Nie zabijasz ich od razu. Najpierw musisz ich torturować.- patrzyłam uważnie w jego oczy, pragnące przekazać mi jak najwięcej w jak najmniejszym odstępie czasu.- Najważniejsze, żeby krzyczeli. To nie musi trwać długo, wystarczy, jak to zrobisz. Nikt nie będzie się obserwował. Żeby sprawdzić, czy zabiłaś, sprawdzą ostatnie zaklęcia wypuszczone z twojej różdżki, więc nie stawiaj się, gdy będą chcieli ci ją zabrać.- przełknął ślinę i kontynuował dawanie porad. Zastanawiałam się, jak ja to wszystko zapamiętam.- Hamuj swoje myśli, nie daj się podejść emocjom, bo On wszystko usłyszy, przejrzy cię na wylot i wtedy cała nasza trójka i Drako nie żyje, rozumiesz?!- krzyknął. Kiwnęłam głową.- Nie wierzę, że nasze życie zależy od niej!!!- powiedział wściekły do przyjaciela.
Zagrzmiało.
- Zaczynamy.- w drzwiach na balkon pojawiła się i zniknęła równie szybko głowa Bellatrix, przykazująca pojedynczą informację.
Malfoy wyszedł pierwsze, za nim ja i Snape.
Wszyscy zgromadzili się w mniejszym salonie.
- Severusie, wybrałeś miejsce?- Voldemort spojrzał w kierunku naszej trójki.
- Afftoll.- odpowiedział Snape.- Zamieszkała głównie przez szlamy.
Na to ostatnie słowo Lucjusz Malfoy wyraźnie się wzdrygnął.
- Wspaniale!- wykrzyknął zadowolony.- Aportujemy się!
Nie zdążyłam nawet dobyć różdżki, bo ręka Snape’a złapała po raz pierwszy moją, drżącą dłoń i aportował nas oboje.
Tam, gdzie się znaleźliśmy było ciemno i nie padało, za to grzmiało i błyskało niesamowicie mocno.
Snape pociągnął mnie za jeden z budynków. Każdy ze Śmierciożerców poszedł w swoją stronę.
Pchnął mnie na ścianę i stanął niesamowicie blisko. Patrzył mi w oczy. Oczekiwał mojego uważnego słuchania.
- To jest mój dom.- wskazał na ten, o który się opierałam.- A tamten twój.- pokazał na budynek, stojący 10 metrów dalej. Śpieszył się, żeby nie pominąć żadnego szczegółu.- Najpierw klątwy, później tortury, na końcu śmierć.- kiwałam zdenerwowana głową, bojąc się tego, co ma zamiar się wydarzyć.- Pamiętaj o naszej jedynej zasadzie.- odsunął się, jakby chciał już przygotować się do walki, ale nagle jego bliskość powróciła. Myślał o czymś intensywnie.- Claudia.- szepnął i delikatnie wziął mnie pod brodę swoją różdżką. Podszedł tak blisko, że stykaliśmy się piersiami.- Nie daj się zabić.- poprosił szczerze i z troską patrząc w moje oczy.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo rozbrzmiał potwornie przerażony krzyk młodej kobiety. Snape zniknął mi z oczu. Uznałam, że to był właśnie sygnał do walki.
Sięgnęłam po różdżkę. W „moim” domu zapaliło się światło.
Właśnie miałam zamiar zabić parę osób.

- Po tym wszystkim skończysz w psychiatryku.- parsknęłam w myślach.

Wkroczyłam do domu. Nie byli zaskoczeni. Byli gotowi by walczyć.




- Oh, zamknij się, szlamo!!!- wrzasnąłem. Ich krzyki sprawiały, że miałem ochotę jeszcze bardziej im dołożyć.
Stałem po środku pokoju. Dookoła mnie leżało pięć osób. Typowa rodzina. Rodzice, jakaś babcia i dwójka dzieci. To matka była szlamą. I to tak słabą, że nie umiała poprawnie rzucić większości z zaklęć. To było, w zasadzie, powodem, dla którego cała piątka leżała na ziemi.
Cisza.
- Sectumsempra!- wycelowałem w dwójkę dzieciaków.
Można było usłyszeć tylko głośne piski.
- Nie, błagam, nie!!!- krzyczała matka i uczepiła się mojej nogi.
Odepchnąłem ją.
- Patrz, głupia szlamo!!!- krzyknąłem.- Patrz, co się dzieje, gdy jest się szlamą!!! Crucjo!- wycelowałem w jej matkę
Stara jęknęła, wygięła się w łuk i padła w krzykach.
- Reducto!- przerwałem tortury babki, wcelowując w sufit i sprawiając, że beton zwalił się na ojca.
Szlamie kazałem patrzeć, jak zawsze. Płakała, pytała, co może mi dać, żebym przestał. Nie było takiej opcji. Trzeba to było zakończyć.
Wtedy, kątem oka zauważyłem zielone światło w sąsiednim domu. Claudia zabiła. Zauważyłem ją przy oknie, całą we łzach. Patrzyła na mnie, łapiąc oddech.
Odwróciłem wzrok.
- Avada Kedavra!!!- wrzasnąłem i wycelowałem w ojca, a potem powtórzyłem to samo z babką.
- Zabij mnie, zabij, tylko oszczędź dzieci!!!- błagała.
Odepchnąłem ją jeszcze dalej.
Zerknąłem na Claudię. Wpatrywała się w zielone światełka błyskające z mojej różdżki. Uśmiechnąłem się słabo.
- Wingardium Lewiosa.- szepnąłem i usunąłem gruzy. Byłem już zmęczony grą w „zabij- nie zabij”.
- Avada Kedavra.- znów wycelowałem mordercze zaklęcie. Tym razem w dwójkę dzieci. Wiedziałem, ze były za słabe, i że jedno Niewybaczalne zabije ich oboje jednocześnie.
Miałem zamiar jeszcze trochę przytrzymać tą szlamę, ale wtedy moja podświadomość namówiła mnie do ponownego spojrzenia przez okno.
Claudia była przyciśnięta do ściany, ktoś ją dusił. Jej usta szeptały zaklęcia i celowały różdżką na oślep.
Szybko podniosłem tą szlamowatą matkę do góry, rzuciłem najszybszą w swoim życiu Avadę, a jej opadające na ziemię ciało obserwowałem już z domu obok, po szybkiej aportacji.
Facet duszący moją uczennicę mocno się zdziwił, gdy jakaś inna, moja, ręka odciągnęła go z całej siły.
Poczułem większą złość, niż kiedykolwiek.

- Jak on w ogóle śmiał ją tknąć?!!!- wrzeszczały moje myśli.

Claudia złapała się za szyję, próbując złagodzić ból.
- AVADA KEDAVRA!!!- wydałem z siebie tak gardłowy wrzask, jak nigdy dotąd. Zabiłem go z chęcią, choć sam się zdziwiłem. Cały czas widziałem przed oczami przerażenie w jej oczach, gdy powoli zabierał jej dopływ powietrza.
Usłyszałem jej cichy płacz. Odwróciłem się.
- Co z pierwszą zasadą?!- załkała i zaśmiała jednocześnie. To było niesamowite…
Nieświadomy swoich ruchów, odgarnąłem pasmo włosów, opadających jej na twarz.
- Jak bym to wytłumaczył w szkole?- zapytałem z uniesioną brwią, cofając szybko rękę, mając nadzieję, że nie zauważyła tego nieprzemyślanego aktu czułości.
- I tylko dlatego złamał pan swoją pierwszą zasadę?- zdziwiła się.- Dla Dumbledora? Przecież pan mnie nienawidzi.- wytknęła mi.
Z placu, w wiosce rozbrzmiał złośliwy i uszczęśliwiony śmiech.
- Czas już na nas.
Aportowaliśmy się na plac, skąd dobiegały śmiechy.
Środkiem kroczył Voldemort, upojony śmiercią i bólem, a za nim pełzła Nagini, nasycona krwią i ciałem
- Claudia!- wykrzyknął i skierował się do mojej uczennicy.
Mimowolnie wzdrygnąłem się, analizując bliskość jego ciała w odniesieniu do niej.
Zabrał jej różdżkę i rzucił Lucjuszowi.
- Priori Incantante.- szepnął mój przyjaciel i sprawdził ostatnie zaklęcia rzucone jej różdżką. Claudia próbowała nie wybuchnąć i zachować równowagę psychiczną.- Cztery Avady, Panie.- powiedział głośno.- Zdecydowanie najwięcej Crucjatusów i jeszcze kilka Sectumsempr.- zdał pełne sprawozdanie.
- Gratulacje.- uśmiechnął się niebezpiecznie i podejrzanie. Już coś knuł.- Skoro tak sobie upodobałaś Crucjatusa…- wydał udawane westchnienie.

- Nie, nie, nie… Tylko nie to!!!- wrzeszczałem w myślach.

- Crucjo!!!- szepnął głosem wysokim i pełnym grozy. Wycelował w Claudię.
Nie panując nad sobą, odsunąłem się do tyłu.
Na swoim ramieniu poczułem uścisk Lucjusza. Doskonale mnie znał.
- Panie…- zacząłem. Wszyscy się na mnie spojrzeli. Nie za bardzo wiedziałem, w co brnąłem, ale jej krzyki i jęki sprawiły, że nie miałem wyjścia.- Panie, skoro panna Madelstone tak dobrze się spisała, może powinna odejść stąd bez niepotrzebnych komplikacji.- skończyłem bezuczuciowo.
Oczy Claudii rozszerzyły się w zdziwieniu i co raz większym bólu.
- No, dobrze, Severusie.- przeniósł wzrok na mnie.- Skoro zgłaszasz się na ochotnika…

- Zabierz ją stąd.- wysłałem szybko do Lucjusza zanim padłem na ziemię obok niej.

Kolejny raz zwijałem się z bólu. Krzyknąłem głośno, tylko raz. Tylko raz. Przyzwyczajony do tego rodzaju tortur, czułem upływ czasu. Nic nie widziałem, ani nie słyszałem, ale czułem i myślałem.
Po pewnym czasie znów odzyskałem władzę w nogach i rękach.
Plac był pusty.
Od ostatniej salwy crucjatusa musiały minąć co najmniej dwie godziny, zanim się pozbierałem. Chwiejnym krokiem wstałem na nogi i przeszedłem na małą ławkę.
Pierwsze, o czym pomyślałem, było, gdzie jest Claudia. Miałem nadzieję, że Lucjusz zdążył odebrać moją wiadomość.
Aportowałem się na błonia Hogwartu. Potem bezpośrednio do zamku, aby uniknąć zbędnego spaceru.
Trzymając się za plecy, skierowałem się do lochów. Ciemność mi nie przeszkadzała, znałem drogę na pamięć, chociaż nie widziałem nawet czubka własnego nosa.
Doszedłem do drzwi do swoich kwater i wtedy zauważyłem parę zielonych oczy, wpatrujących się we mnie z podłogi.
- Lumos.- szepnąłem wykończony i przytknąłem różdżkę do twarzy osoby, blokującej moje drzwi.
To była ona. Siedziała na zimnej posadzce, opierając się o drzwi moich kwater. Kolana miał podciągnięte pod brodę, a te z kolei otoczone rękoma. W dłoni trzymała różdżkę. Cała drżała, a z oczu leciały jej łzy.
Podniosłem ją jednym ruchem, tajnym zaklęciem otworzyłem drzwi i wprowadziłem do środka.
Ledwo co stała. Nogi jej się trzęsły. Uginały się pod ciężarem przeminionych chwil. Wiedziałem, że zaraz upadnie, więc podprowadziłem do fotela, gdzie usiadła.
- Co z pańską jedyną zasadą?- zapytała tak cicho, że ledwie ją dosłyszałem.
Nie odpowiedziałam na ponownie zadane pytanie.
Wziąłem kilka fiolek, wlałem do jednej szklanki ich zawartość i bez słowa podałem jej te wymieszane z ciepłą wodą płyny.
Wypiła jednym duszkiem, o nic nie pytając.
Spojrzałem na nią zmartwiony.
Po krótkiej chwili jej głowa opadła na jej ramię. Zasnęła po Eliksirze Słodkiego Snu.
Wziąłem ją na ręce i przeniosłem do własnego łóżka. Zdjąłem z niej płaszcz, położyłem na brzuchu i rozpiąłem sukienkę. Wodziłem chwilę wzrokiem po nowych, czerwonych, świeżych ranach. Sięgnąłem po maść i posmarowałem ją delikatnie obchodząc się z cięciami, chociaż i tak nie mogła nic poczuć. Wprawiło mnie to w stan melancholii.
Sukienka była cała w krwi, więc, gdy skończyłem czynność nasmarowywania, wyczyściłem zaklęciem jej bardzo dopasowane do jej ciała okrycie, po czy zapiąłem zamek i, po przekręceniu jej na prawy bok i zdjęciu butów, przykryłem ją puchową kołdrą. Spała tak słodko.
Zamknąłem cicho drzwi do sypialni i przeszedłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic, a potem, po jednej szklance Ognistej wyciągnąłem się na kanapie w małym saloniku. Zaklęciem rozpaliłem kominek.
Uczennica właśnie spała w mojej sypialni. Nigdy nie byłem tak blisko z żadnym z moich uczniów. Nie dość, że widziała moje prywatne laboratorium, to teraz miała zobaczyć prywatną sypialnię. SYPIALNIĘ!!!
I chyba pierwszy raz nie pomyślałem, co będzie dalej, gdy oboje się obudzimy. Jak wytłumaczymy, że nie było jej na noc w jej pokoju… A jak to, że była u mnie, jeżeli ktoś by zauważył… Nie myślałem o tym.
- 10 punktów od Slytherinu, panno Madelstone.- mruknąłem do siebie, przypominając sobie, że coś miałem zrobić.
I po prostu zasnąłem po dużej dawce Eliksiru Wzmacniającego.

piątek, 2 listopada 2012

Pokonani - 10. Wymiana


10. Wymiana


Kolejne dni przebiegały bez zmian. Cieszyłam się z braku listów od Voldemorta, tym, że Drako nie ma mi za złe, że biorę udział w Turnieju i tym, że od tamtej nocy, gdy wyznałam Snape’owi swoją i Drako największą tajemnicę, zaczął ze mną rozmawiać. Początkowo nieśmiało rozpoczynał dialog, uważnie dobierając temat, abym mogła mieć też coś do powiedzenia. Wydawało mi się, że uważał, że mogę być za głupia na niektóre tematy, jednak szybko się przekonał, że moje inteligentne odpowiedzi przewyższały jego oczekiwania. W końcu, w rozmowach poruszał już wszystko.
Był poniedziałek. Dzień, w którym uczniowie siódmego roku wyjeżdżali na Wymianę.
Czym taka Wymiana była? Cóż, w zasadzie, moim zdaniem i Snape’a chyba też, niepotrzebnym zakłóceniem w życiu ucznia. Początkowo też chciałam na nią jechać, jednak poglądy Mistrza Eliksirów sprawiły, że trzeźwo osądziłam potrzebność tego wydarzenia. Była zerowa. Bynajmniej dla uczniów Hogwartu. Polegało to mniej więcej na tym, że uczennice z damskiej szkoły im. Elsavii Schenker i uczniowie męskiej im. Huna Walley’a przyjeżdżali do Hogwartu, aby uczęszczać na zajęcia. Uczniowie naszej szkoły rozdzielali się na damskich i męskich jej przedstawicieli i jechali do odpowiednich, wyżej wymienionych szkół. Nasza strona miała zdecydowanie gorzej. Wszyscy wiedzieli, że Wymianę ustanowiono po to, aby uczniowie innych szkół mogli poznać profesjonalizm, wiedzę i intelektualizm nauczycieli Hogwartu. Nie znajdywałabym nic złego w takiej zamianie, gdyby nie to, że odbywała się w połowie siódmego roku i trwała ponad trzy miesiące. Od połowy listopada do początku marca. Zastanawiałam się, kiedy moi przyjaciele zdążą przygotować się do owutemów.
Tak, zastanawiałam się, co będzie z nimi, a nie ze mną, ponieważ ja nie jechałam. Oficjalnie Snape nie zgodził się na to, bo mam wyznaczony półroczny szlaban, trochę mniej oficjalnie, miałam u niego praktyki, a już całkiem prywatnie i tylko do własnej wiadomości, trzy miesiące spędzone z rozwścieczoną Veronicą nie wróżyłyby nic dobrego. Z Drako i tak bym się nie widziała, a proszenie Snape o zwolnienie z praktyk to misja samobójcza. Owszem, pewnie i dałby mi te trzy miesiące wolnego, tylko byłam pewna, że nie miałabym po co wracać. Mógł być świetnym, inteligentnym i zabójczo pachnącym profesorem i rozmówcą, ale wciąż był Snape’m, czarnym nietoperzem nie do pokonania. Nie miałam ani siły, ani chęci, a już na pewno odwagi prosić go o taką rzecz. Nie w tym życiu, w każdym razie. Po za tym, sięgając już po fizyczne argumenty, jak, do cholery, miałabym wytrzymać trzy miesiące bez jego maści?! To była jedyna rzecz, jaka trzymała mnie przy życiu. I jeszcze jego dotyk, jego długich, lodowatych palców, które tak łagodziły ból, który pojawiał się każdego wieczora.
Podsumowując, nie jechałam i wcale nie żałowałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że miałam utrwalić się w tym przekonaniu jeszcze bardziej.
Kończyliśmy już śniadanie. Wszyscy byli spakowani, walizki stały pogrupowane według płci właściciela na środku Głównego Hallu. Denerwowałam się razem z nimi, razem z nim.
- Drako…- szepnęłam. Spojrzał na mnie wyczekująco dopijając herbatę.- Wiesz, nawet, gdybym jechała, to i tak nie bylibyśmy tam razem.
- Wiem.- przykrył swoją dłonią moją.- Po prostu nie podoba mi się to, że zostajesz tu sama.
Warga mu zadrżała. Był wściekły i skłamał.
- A tak naprawdę?- przekrzywiłam głowę.
- Chodź.- wstał i podał mi rękę, pomagając wyjść zza ławy.
Przekaz był jasny. Nie tutaj.
Pociągnął mnie do pokoju wspólnego, który był pusty. Potem zaprowadził mnie do komnat męskich, gdzie nigdy nie byłam, a potem do swojego pokoju. Swojego osobistego. Snape chyba jednak czasem się mu przydawał.
- O co chodzi, Drako?- po tak długiej podróży chciałam wreszcie dowiedzieć się, co go gryzło.
- Na pewno nie o to, że nie będziemy się widzieć przez trzy miesiące.- powiedział trzymając ręce na mojej talii.- To było już z góry założone, niestety.- kąciki jego ust upuściły się.- Problem jest w tym, że mój ojciec chrzestny zabronił ci tego wyjazdu, że każdy teraz wie. „To ta, której Snape nie puścił na Wymianę, bo zrobiła eliksir po swojemu.”- posmutniał jeszcze bardziej, dając przykład tekstu, który można usłyszeć. Dotknęłam jego ramion, a potem sięgnęła dalej do jego pleców i przytuliłam się do niego. Czułam jak zatapiam się w bezpieczeństwie, trosce i (już) tęsknocie.
- Nie przejmuj się.- mruknęłam.- I tak nie chciałam jechać. Wolę naszych profesorów. Po za tym, jeszcze Veronica…- westchnęłam.- Ciągle jest wściekła.- położył rękę na mojej głowie i docisnął do swojej piersi jeszcze mocniej, to samo zrobił z ręką na plecach. Moje ręce oplotły się wokół niego szczelniej i ciaśniej.
Trwaliśmy w tym uścisku w ciszy i już wiedząc, że będziemy za sobą tęsknić.
- Kocham cię.- szepnął mi do ucha.
Poczułam jak krew ze mnie odpływa.
- Ja…- zaczęłam niepewnie, ale wtedy przerwał mi okropny hałas.
- UCZNIOWIE SIÓDMEGO ROKU PROSZENI SĄ O NIEZWŁOCZNE STWIENIE SIĘ NA DZIEDZIŃCU. WYLOT ZA 10 MINUT.- mówił głos przez megafon. Nie potrafiłam rozróżnić, do którego z nauczycieli należy.
- Chyba muszę już iść.- powiedział niezadowolony i wypuścił mnie z uścisku.
Razem wyszliśmy w jego pokoju i również razem przeszliśmy na dziedziniec. Już się przeliczali.
Snape nie poruszając się zgłosił dyrektorowi, że przyszli wszyscy ze Slytherinu, gdy tylko zobaczył platynową głowę Drako.
- No, szkoda, że nie dłużej.- mruknął do niego złośliwie.
- Rzeczywiście, szkoda.- odgryzł się mój Ślizgon. Ścisnęłam jego dłoń próbując sprowadzić go na ziemię i do równowagi psychicznej.
Może to i dobrze, że wyjeżdżał? Mógł w końcu trochę odpocząć.
- ZOBACZYMY SIĘ ZA TRZY I PÓŁ MIESIĄCA.- mówił dyrektor.- PROSZĘ PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO ODLOTU. BAGAŻE ZOSTAJĄ PRZETRANSPORTOWANE OSOBNO. WYLOT ZA 2 MINUTY.
Drako znów otoczył mnie swoimi ramionami.
Snape spojrzał na nas dziwnym wzrokiem, nie do zinterpretowania.
- Będę tęsknić.- szepnął mój blondyn.
- Ja też.- odpowiedziałam, ale patrzyłam się w oczy profesora. On w moje też.
Nasze usta złączyły się pożegnalnym pocałunku. Właściwie całusie. I chociaż to Drako mnie całował, ja pływałam po czarnych wodach oceanu oczu profesora Snape’a. Ten z kolei wydawał się gubić w labiryncie zielonej łąki moich tęczówek.
Drako złamał pocałunek, gdy ponownie rozbrzmiał głos dyrektora.
Wszyscy wyciągnęli różdżki, wystrzelili do góry światełko, każdy innego koloru, w zależności od tego, do jakiego Domu należał, po czym wsiedli na miotły i odlecieli.
Tak po prostu odlecieli. Byli i już ich nie było. Na trzy i pół miesiąca.
Wpatrywałam się ciągle w punkt, gdzie miotła Drako zniknęła za chmurami, gdy poczułam, że ktoś za mną stoi. Mniej niż piętnaście centymetrów, na pewno.
Odwróciłam się gwałtownie, zbyt gwałtownie z resztą, i w zasadzie wpadłam na opiekuna Slytherinu. 
- Aż tak dobrze całuje?- zapytał drwiącym szeptem tak, że nikt oprócz mnie go nie słyszał.
Zaskoczona jego pytaniem, nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- A może w ogóle nie wiesz, że cię pocałował, bo twoje myśli były gdzieś indziej?- uniósł pociągająco swoją prawą brew i podniósł jeden z kącików ust w drwiącym uśmieszku.

- Pociągającym…???!!!- analizowałam swoje myśli.- A cóż to za nowy przymiotnik w twoim słowniku określeń profesorów, Claudio?!

- Cóż, muszę panu powiedzieć, profesorze, że mam podzielną uwagę.- uśmiechnęłam się.- Nie muszę skupiać całej uwagi na jednej rzeczy, żeby czerpać z niej przyjemność.- odpowiedziałam, okłamując samą siebie.
Gdyby ktoś mi powiedział, że Drako wcale mnie nie pocałował, też bym uwierzyła. Z chwili domniemanego pocałunku pamiętałam tylko niebezpieczne, czarne oczy.
- Nie umie panie mnie kłamać, panno Madelstone.- uśmiechnął się trochę szerzej i zmienił temat.- Proszę podążać za mną. Profesor Dumbledore oczekuje nas w swoim gabinecie.
Skinęłam lekko głową i oboje zaczęliśmy iść w kierunku gabinetu dyrektora.
Paru uczniów przyglądało się naszej bliskości w czasie krótkiej wymiany zdań. Nie zwróciłam na to większej uwagi. Poszliśmy dalej.
Wspięliśmy się na jego wieżę. Siedział za biurkiem. Czekał na nas.
- Wieczorem pojawią się nowi uczniowie. Przybędą na kolację. Wczoraj, na zebraniu opiekunów Domów razem z profesor McGonagall, profesorem Flitwickiem oraz profesor Sprout ustaliliśmy, co zrobimy. Zbrakło ciebie, Severusie.- dyrektor spojrzał na Mistrza Eliksirów.
Snape wydawał przypomnieć sobie o czyś ważnym. Jego oczy zabłysły niebezpiecznym olśnieniem.
- Pomyślałem, że szybciej dojdziecie do porozumienia beze mnie.- skłamał.
- Cóż, rzeczywiście tak było, jednak nie chciałbym, żebyś teraz sprzeciwiał się naszej decyzji, skoro nie chciałeś na przeszkadzać w jej podejmowaniu.- zażądał delikatnie Dumbledore. Snape nic nie odpowiedział. Czekał, aż dyrektor wyjawi powód naszej obecności w jego wieży.- Postanowiliśmy,- podkreślił to słowo i spojrzał perswazyjnie na i tak wściekłego Snape’a.- że panna Madelstone może zaopiekować się tą trzydziestką dziewiątką, która będzie zamieszkiwać Hogwart przez najbliższy czas.
- To znaczy, bo nie za dokładnie zrozumiałem, że panna Madelstone miałaby być ich opiekunem i mentorem?- zapytał gotując się ze wściekłości.
- Tak, Severusie, zrozumiałeś bardzo dobrze. Panna Madelstone została mianowana przez Radę Profesorską na opiekuna własnego Domu.- przeniósł wzrok na mnie.
Poczułam się nieswojo, gdy dokładnie zrozumiałam, kim miałabym być. Czułam się zaszczycona, ale jednocześnie nie za bardzo wiedziałam, czy chciałam się tego podjąć.
Dwóch mężczyzn wpatrywało się we mnie niecierpliwie.
Nic nie odpowiedziałam.
- Jesteś Prefekt Naczelną. Wydawało nam się, że będzie to odpowiednie zadanie dla ciebie.- przybrał minę zawiedzionego, chociaż i tak znał odpowiedź.
- Mam nadzieję, że sobie poradzę.- powiedziałam ostatecznie.
- Jestem tego pewien!- powiedział zadowolony, że wszystko idzie po jego myśli.- W końcu profesor Snape zawsze będzie ci służyć pomocą i dobrą radą.
Po spojrzeniu Snape’a, który ten wlepił w Dumbledora, można było stwierdzić, że resztkami sił i zdrowego rozsądku powstrzymuje się przed wywrzeszczeniem dyrektorowi, co o tym wszystkim myśli.
Ostatecznie nic nie powiedział.
Udałam, że spoglądam na zegarek i postanowiła ratować Snape’a już po raz drugi. Tym razem przed użyciem najobrzydliwszej klątwy, jaką znał na dyrektorze. Byłam pewna, że w swojej głowie próbował się uspokoić, szukając odpowiedniej.
- Chyba powinniśmy już iść, profesorze.- lekko dotknęłam łokcia profesora, aby wybudzić go z transu.- Za chwilę zaczyna się druga lekcja.
- W RZECZY. SAMEJ.- powiedział przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się i wyszedł z komnaty. Bez spoglądania na dyrektora, podążyłam za Nietoperem.
Korytarze były puste. Podążał do lochów. Szłam za nim.
Weszliśmy do Sali Eliksirów. Usiadł wkurzony za biurkiem. Podeszłam do niego i lekko oparłam się o nie pośladkami. Założyłam ręce na piersiach i przybrałam złośliwy uśmieszek, którego nauczyłam się od mojego Mistrza.
- Aż tak dobrze się nam rozmawia, profesorze?- zadałam pytanie tonem, jakim on zapytał o pocałunek. Nie odpowiedział.- Nie może pan przeżyć tego, że zapomniał o spotkaniu, czy, że mam być opiekunem własnego Domu w wieku niespełna osiemnastu lat? A może tego, że to pana profesor Dumbledore wyznaczył na osobę rozwiązującą moje problemy?
- Co jeżeli wszystkie trzy opcje są poprawne?- uniósł zdumiony wzrok. Pewnie zastanawiał się, jak mogę otwarcie pytać go o takie rzeczy.
- Byłaby to jedyna, właściwa odpowiedź z pana strony.- uśmiechnęłam się promiennie.- Jeżeli mogę pana pocieszyć, to również nie do końca jestem zadowolona z decyzji Rady.
- To nie była decyzja Rady, skoro mnie tam nie było.- odburknął.
A więc to tu go bolało… Zranione męskie ego. Podjęli decyzję bez niego.
- Ale musi pan przyznać, Mistrzu, że nasza wczorajsza dyskusja o zastosowaniu i powodzeniu działania Zaklęć Niewybaczalnych i klątw była bardzo budująca i interesująca.- zaśmiałam się cicho.
Odnalazł mój wzrok i lekko się uśmiechnął. Na świętą matkę Merlina, UŚMIECHNĄŁ SIĘ!!!!
- Rzeczywiście. Muszę przyznać ci rację, Claudio.
Do Sali weszli drugoroczniacy gotowi na podwójne Eliksiry.
Wstałam i chciałam zejść z podwyższenia, ale wtedy zimna ręka zatrzymała mnie ciągnąc za nadgarstek.
- Dziesięć punktów dla Slytherinu za spostrzegawczość i szybkie łączenie faktów, panno Madelstone…- powiedział do mnie stojąc za mną.- Claudio…- dodał tylko dla nas słyszalnym szeptem.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że właśnie posiadłam umiejętność pocieszania Snape’a i z lekkim uśmiechem, który nawet w najmniejszym stopniu nie oddawał mojej wewnętrznej furii zadowolenia z siebie, oddaliłam się do szafy z ingrediencjami, aby przygotować Kurukonom i Gryfonom składniki do eliksiru Szkiele- Wzro. Gdy na niego ukradkiem spojrzałam, zauważyłam, że również jego smukłe wargi są delikatnie uniesione do góry. W zadowoleniu.
Już poprzedniego dnia ustaliliśmy, jak będą wyglądały kolejne miesiące praktyki. Miałam być jego asystentką podczas Eliksirów z hogwardzkimi uczniami i „nauczycielką” na lekcjach uczniów Wymiany. Nie powiem, cieszyłam się z tego, że tak dobrze o mnie myślał, że wiedział, że sobie poradzę. I byłam również zaskoczona, gdy powiedział, że już przygotował mi biurko obok swojego. ON PRZEGOTOWAŁ. SAM Z WŁASNEJ WOLI. Żeby nie powiedzieć, że byłam w ciężkim szoku.
- Panno Madelstone, proszę przygotować to samo.- odezwał się do mnie, a ja uśmiechając się do niego, skinęłam głową. Siedziałam NA RÓWNI z nim. Z czarnym, wrednym, irytującym, tłustowłosym dupkiem.
Przygotowałam swoje stanowisko do pracy i wzięłam się do roboty z tym jakże nudnym Szkiele- Wzro.
Niby miał w ręku czerwony długopis i jego wzrok był skierowany w jedno z górki wypracowań, ale jasne było dla mnie, że nie czyta.
Myślał. O czym? To była jego słodka tajemnica. Czy chciałam ją poznać? Oczywiście, że tak!

- Legilimencja…? Nie… Nie mogłabym! Wyrzuciliby mnie ze szkoły, gdyby ktokolwiek się dowiedział! Ale gdyby się nie dowiedział…- westchnęłam zrezygnowane.- Nie, nie mogłam. Chociaż to takie kuszące…

Poczułam znowu jego ciało stojące za moim.
Wrzuciłam pierwszy składnik.
- Zna się pani na Legilimencji, panno Madelstone?- wyszeptał ledwo słyszalnie.

- No to po mnie. Dowiedział się o moich zamiarach.- byłam przerażona. Co on zamierza teraz zrobić?

- Cóż, nic nie zamierzam. Bynajmniej nie teraz.- odpowiedział na moje pytanie zadane w myślach.
- Jest… Był…- bełkotałam.
- Wysłów się wreszcie, Claudio.- rozkazał mi. Jego syknięcie nawet szeptem było mrożące krew w żyłach.
- Był pan w mojej głowie?- zapytałam próbując utrzymać spokój.- I słyszał pan, co mówiłam?- czułam, że zaraz się rozkleję. Stał tak blisko mnie…
- Większość…- zapauzował.- Chciałem cię przeprosić. Było to wysoce nieodpowiedzialne i nie traktujące pani prywatności poważnie.
Ręce trzymał za sobą. Szeptał mi tylko do ucha.
Jego bliskość sprawiała, że chciałam się o niego oprzeć i przytulić. Chciałam, żeby był jeszcze bliżej. Jeszcze… Bliżej…
- Nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie.- kontynuował.
Jego oddech na mojej szyi sprawiał, że chciałam krzyczeć. Nie mogłam go zobaczyć, ale wyobrażałam go sobie.
- Wydaje mi się, że powinniśmy wrócić do tego wieczorem, profesorze.- miałam nadzieję, że się odsunie.
- Wrócimy.- przyznał mi rację.- Powiedz tylko „tak” lub „nie”.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Jego twarz była milimetry od mojej. Mimo zaskoczenia moją reakcją, nie zmienił położenia.
- Tak.- wyszeptałam patrząc mu prosto w oczy.
Uśmiechnął się triumfalnie.
Nagle do Sali wleciała ogromna czarna sowa i upuściła na biurko Snape’a dwie czarne koperty.
Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni. Sowa zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Drugoroczniacy patrzyli zaskoczeni, to na znikającą sowę, to na to, jak blisko staliśmy ze Snape’m.
Mistrz Eliksirów podszedł do swojego biurko i po krótkim spojrzeniu na koperty przywołał mnie ruchem dłoni do siebie.
Wrzuciłam kolejny, pokrojony składnik i podeszłam do nauczyciela.
Czytał już swój, otwarty list. Wzięłam kopertę zaadresowaną do mnie i też otworzyłam. Przejechałam wzrokiem to po swoim liście, to po jego. On też przeczytał mój list.
- Chodź.- mruknął niezadowolony i przeszliśmy oboje na zaplecze. Wyciszył drzwi.
- Chyba za wcześnie się cieszyłam z braku wiadomości od Niego.- westchnęła i nie kontrolując się, opadłam na kozetkę.
Zawstydziłam się swoją bezpośredniością i nieodpowiednią odwagą, ale on nic nie powiedział i usiadł obok mnie. Spojrzał zmartwionym wzrokiem na kartkę, którą trzymałam na kolanach, czytając ją jeszcze raz.
- Myśli pan, że On wie, że my wiemy o sobie?- zadałam zaplątane pytanie.
- Nie.- odpowiedział krótko i twardo, ale zaraz po tym się pohamował.-  Jestem pewien, że nie wie.
- Ale dostaliśmy jednocześnie listy.- przypomniałam mu i spojrzałam w jego oczy przerażona.
Wyczuł mój strach. Był psem myśliwskim na uczucia.
Musnął delikatnie moje ramię.
- Zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństwa, to dobrze.
- Drako też tam będzie?
Spojrzał na mnie z irytacją.
- Panno Madelstone, czy pan Malfoy tam będzie?- powtórzył moje pytanie.
- Nie wiem…- powiedziałam automatycznie, bez zastanowienia.
Popatrzył się na mnie wzrokiem wołającym o pomstę do nieba.

- Idiotka…- skrytykowałam siebie.

- A więc skąd ja miałbym to wiedzieć?- przekrzywił głowę i spojrzał mi w oczy. Jego mięśnie się rozluźniły.- Spotkanie odbędzie się dzisiaj. Nie możemy przybyć razem, ani jednocześnie. Przyjdę po ciebie do pokoju wspólnego wpół do  dziesiątej. Udamy się razem za bramy Hogwartu. Teleportujesz się piętnaście minut po mnie. Będę tam pierwszy.- od razu miał plan.- Oboje musimy grać zaskoczonych i nie odzywać się do siebie, dopóki on nas sobie nie przedstawi. Zrozumiałaś?- kiwnęłam głową.- Załatwię wszystko z Dumbledore’m.- była zdenerwowany.- Z profesorem Dumbledorem.- poprawił się i wstał. Podszedł do drzwi.- I żeby moje życie zależało teraz od małoletniej Gryfonki!- warknął i wyszedł.
Siedziałam chwilkę i mrugając próbowałam poukładać sobie myśli.
Gdy pomyślałam sobie, że nie będę tam sama, uśmiechnęłam się i poczułam bezpieczniej.
Również wstałam i wyszłam z kantorka.
- Ślizgonką jak już. Ma pan sklerozę?- zapytałam złośliwym szeptem, gdy go mijałam.
Podniósł lekko głowę. Jego oczy gotowały się ze wściekłości, ale mimo to obdarzył mnie jednym podniesieniem prawego kącika ust.
Wróciłam do warzenia eliksiru.
Uczniowie pewnie kombinowali w swoich głowach, co myśmy tam robili. Długo, bezdźwięcznie, zamknięci, sami.
Wyobraziłam sobie taką sytuację.

- Jesteś nienormalna, Claudio!- ochrzaniłam siebie w myślach i skupiłam się na wszystkim innym.

Dzień, mimo ładnego początku, stawał się co raz bardziej nie do zniesienia. Zaczęło padać, nadciągała na noc wielka burza. Czuło się to w powietrzu.
Uczniowie z Wymiany przelecieli przed kolacją. Dziwnie się czułam pomiędzy nimi. Byli w moim wieku i myśl, że miałam być ich opiekunką, sprawiała, że czułam się niekomfortowo. Ale odwrotu nie było.
- Witamy w Hogwardzie!- rozbrzmiał głos Dumbledora.
Gromadziliśmy się na Głównym Hallu. Wszyscy nauczyciele, większość naszych uczniów i ta trzydziestka dziewiątka. Brzuch mnie bolał ze zdenerwowania. Stałam na samym podwyższeniu, pomiędzy Sprout i Flitwickiem.
- Drogie Elsavki, drodzy Hunowie, mamy zaszczyt gościć Was w naszej szkole Magii i Czarodziejstwa przez okres trzech i pół miesięca. Oto opiekunowie naszych czterech Domów. Gryffindor i profesor McGonagall, Hufflepuff i profesor Sprout,- wyminął mnie.- Ravenclaw i profesor Flitwick oraz Slytherin i profesor Snape. Zawsze będą służyć Wam pomocą, jednak stworzycie swój własny Dom na ten czas i otrzymacie własnego opiekuna, opiekunkę.- poprawił się. Wygładziłam swoje szaty.- Piscator² i jego opiekunka, Prefekt Naczelna, uczennica siódmego roku, najzdolniejsza czarownica Hogwartu, oddana całym sercem Eliksirom i Slytherinowi, panna Claudia Madelstone.- wystąpiłam przed szereg i skinęłam z opanowaniem do moich wychowanków.- Teraz zapraszam na kolację.
Szeptając odpowiednie zaklęcie przelewitowałam się i stanęłam przed nimi.
- Proszę za mną.- powiedziałam pewnym siebie głosem, po czym zarzuciłam widowiskowo peleryną i swoimi włosami i skierowałam się do Wielkiej Sali.

- Zapomniał dodać zjawiskowa i piękna…

Dosłyszałam myśli jednego z nowo przybyłych. Uśmiechnęłam się do siebie. Legilimencja mogła się czasem na coś przydać.
Jednym ruchem różdżki otworzyłam z dużym podmuchem wiatru ogromne drzwi do pustej Wielkiej Sali. Trzeba było zrobić na nich wrażenie, żeby nie myśleli, że mogą mnie ignorować. Nie chciałam być złośliwa, ale nie mogłam pozwolić na to, żeby weszli mi na głowę.
Wskazałam im miejsce, czyli specjalnie dostawiony stół, gdzie mają usiąść, a sama, z grupą reszty nauczycieli zmierzałam do stołu nauczycielskiego.
Odnalazłam w tłumie profesora Snape’a. Ruchem głowy wskazał, że mam usiąść pomiędzy nim, a profesorem Lupinem.
Zajęłam miejsce, zadowolona z miejscówki, z dużym uśmiechem na twarzy.
Snape przypatrywał mi się uważnie.
- Czyżby pani też zainteresowała się tym, co uczniowie Wymiany myślą o zamku i nie tylko o zamku.- zapytał perswazyjnie ledwo nie ruszając ustami.
Uśmiechnęłam się przytakująco, nie mówiąc nic wprost.
Snape zajął się sałatką, ale zauważył, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
- Złapał panią szczękościsk, czy jest pani tak podekscytowana dzisiejszymi, wieczornymi planami?- zażartował o naszym spotkaniu z Voldemortem i scenie do odegrania.
- Zupełnie pan nie trafił, profesorze.- pokręciłam głową, a on spojrzał na mnie wyczekująco.

- Cieszę się, że wreszcie nie boi się pan rozmów ze mną.- przekazałam mu wiadomość poprzez legilimencję. Skoro już wiedział, że to potrafię, to czemu by tego nie wykorzystać…?

Oczy mu rozbłysnęły. Spojrzał na mnie zaskoczony i podejrzanie zadowolony.

- Mógłbym cię teraz bez problemu wydalić ze szkoły.- zaśmiał się po raz pierwszy przy mnie. Jego śmiech był głęboki i przeszywający na wskroś. Czułam jakby śmiał się naprawdę, chociaż to działo się tylko w naszych umysłach- 10 punktów dla Slytherinu za odwagę grzebania w umyśle profesora. I 20 punktów od Slytherinu za to, że twoim obiektem doświadczalnym stałem się właśnie ja.
- Cóż, dalej uważam, że było warto.- odrzekłam. Poczułam jak się uśmiecha.

Spojrzałam na niego. Patrzył w dół kielicha z czerwonym winem, jednak, gdy wyczuł mój wzrok poszukujący jego, od razu wyszedł mi naprzeciw.
- Napije się pani?- zapytał z podejrzanym uśmieszkiem, sięgając po butelkę wina i nalewając sobie.
- Nie jestem jeszcze pełnoletnia.- powiedziałam odpowiedzialnie i położyłam dłoń na kielichu.
- Po jednym kieliszku nic pani nie będzie. Lekkie rozjaśnienie umysłu może się dzisiaj pani przydać. Dzisiejszy szlaban będzie…- szukał właściwego słowa.-  Boleśnie wyczerpujący…
Miałam wrażenie, że profesor Lupin przysłuchuje się naszej rozmowie. W zasadzie po następnej wypowiedzi profesora Snape’a utwierdziłam się w tym przekonaniu.
- Lupin!- warknął i spojrzał na niego ponad mną.- To istotnie nieodpowiednie podsłuchiwać, nie uważasz?- świdrował go wzrokiem.
Remus Lupin przejechał, zawstydzony, ręką po włosach.
- Po prostu nigdy z nikim nie rozmawiasz, Severusie.- odpowiedział w końcu, gdy Snape nalewał mi bordowo- rubinową ciecz do kielicha.- Moja ciekawość przewyższyła zdrowy rozsądek.- powiedział skruszony.- Wybacz…
Snape go zignorował i dalej wpatrywał się we mnie, gdy ja wciągałam powoli spaghetti do ust.

- Wie pan, co się wydarzy?
- Mogę podejrzewać, jednak nie uważam, żebyś była gotowa na to wydarzenie.
- To znaczy jakie?- chciałam to sprawdzić, ale zamknął przede mną tą myśl.
- To i tak za wiele, że rozmawiamy w ten sposób.- skomentował moją nieudaną próbę wejścia dalej.- Ja nie próbuję wydobyć z ciebie tajemnic, Claudio.- jego głos wypowiadający moje imię z myślach brzmiał równie męsko, co w rzeczywistości.
- Więc rozmawiajmy o Voldemorcie na głos, najlepiej niech wspomni pan o naszym dzisiejszym spotkaniu w rezydencji Malfoy’ów.- mówiłam ironicznie.- Jestem pewna, że cała Wielka Sala zamilknie.- dodałam złośliwie.
Nie skomentował tego, tylko spojrzał na mnie znudzonym wzrokiem, który nie mówił ni mniej, ni więcej jak „Oh, zamknij się!!”. Zrobiłam jak „rozkazał” jego wzrok.
- Skoro już wiem, że nauczyłaś się legilimencji, chociaż w dalszym ciągu nie wiem, jakim cudem ci się to udało samej, w takim wieku, to teraz powiedz, jak stoisz z okulmencją?
- Na ogół mi się udaje. Ćwiczyłam to z moją mamą.
- Więc jakim cudem tak bezproblemowo wniknąłem w twoje myśli na porannych zajęciach?

Dotąd patrzyliśmy w swoje oczy, ale po tym pytaniu spuściłam wzrok i zarumieniłam się jak nigdy wcześniej.

- Czekam na odpowiedź.- czułam jak jego prawa brew jedzie ku górze.
Nie odpowiedziałam.
- Claudio!- zmuszał mnie do odpowiedzi.
Dalej nic.
- Panno Madelstone!!!- rozkazał.
- Bo żeby okulmencja zadziałała, trzeba wyzbyć się wszystkich emocji!!!- wrzasnęłam.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Przy panu to nie do końca możliwe, profesorze.- dokończyłam.- Każdy uczeń się pana boi, przecież pan to wie.

Przełknął ślinę.

- I twierdzisz, że udało ci się zapanować nad strachem i utrzymać okulmencję  nawet podczas tego, jak się torturował, a przy mnie ona nie działa?- uśmiechnął się wyśmiewająco.
- Więc z jakiego innego powodu? Skoro mnie nie zabił, to znaczy, że uwierzył.
- Chyba będziemy musieli to poćwiczyć…- stwierdził.

Westchnął.
Był to tak głęboki dźwięk i tak seksowny… I sprawiał, że chciało się więcej… I więcej… I miałam nadzieję, że w tym właśnie momencie nie przeszukuje moich myśli.




- Jaka ona jest niesamowita…- pomyślałem, ciesząc się, że nigdy się o tym nie dowie, bo nie przejdzie przez moją blokadę.

Kolacja przeminęła dość szybko. Oboje czekaliśmy na ten moment, w którym opuścimy Hogwart. Zasadniczo, żadne z nas nie chciało, aby on nadszedł.
Po posiłku udaliśmy się razem do podziemi, gdzie wygospodarowano trochę powierzchni na pokoje Rybaków. Gdy ja skręciłem do swoich kwater, ona poprowadziła resztę w głąb korytarza, gdzie zniknęli w ciemnościach własnego pokoju wspólnego. Prawdopodobnie mieli wiele pytań. Kto by nie miał na ich miejscu? Ludzie, kompletnie dla siebie obcy, mają mieszkać razem przez trzy i pół miesiąca, udając, że znają się od lat. Nigdy nie osiągną właściwych relacji damsko- męskich. Na studia pójdą nieprzygotowani. Nigdy nie rozumiałem idei rozdzielania uczniów według płci. Sadyści.
Usiadłem w swoim fotelu i spojrzałem na mapę Anglii. Podejrzewałem, co może się wydarzyć tamtej nocy, a przeczucia nigdy mnie nie zawodziły.
Wybrałem.
Zdenerwowany, sięgnąłem po butelkę whisky. Na raz wypiłem dwie szklanki, po czym od razu wypiłem eliksir wzmacniający i rozjaśniający umysł. I też Felix Felicis. Tak na wszelki wypadek, trzeba było się przygotować na wszystko. Wlałem go trochę do małej fiolki i schowałem w kieszeni.
Sprawdziłem kilka wypracowań. Z początku Ślizgonów, ale tak rozwścieczyli mnie swoją głupotą i brakiem inteligencji, że bez patrzenia na liście Gryfonów pojawiły się pały, na chybił trafił, bez czytania, bez analizy.

- Ona by cię uspokoiła…- podpowiedziały mi myśli.

- ONA nie jest od tego, żeby mnie uspokajać.- wyszedłem myślom naprzeciw.

- Ale przyznaj, że jest to aktualnie, jeżeli nie w ogóle, jedyna osoba, która to potrafi.- kłóciły się ze mną.- Jednak, jesteś zbyt uparty, żeby to przyznać, Severusie…

- Ona jest przede wszystkim moją wychowanką, praktykantką i uczennicą.- wytknąłem.- Sam muszę radzić sobie ze swoimi problemami. I tak spędzam z nią za dużo czasu. Chyba skrócę ten szlaban.

- Pomyśl uważnie… To tylko twoja sprawka, że przesiaduje z tobą dzień i noc, nie ma czasu na sen, a już tym bardziej życie towarzyskie…

- Szkoła to nie czas na życie towarzyskie!

- Jeszcze wspomnisz moje słowa…- ostrzegły mnie.

- Jestem pewien, że nigdy do tego nie dojdzie.- pomyślałem chwilę nad sobą.- Merlinie, gadam do siebie…- sapnąłem niezadowolony z efektów tych dwóch, niewinnie wyglądających szklaneczek z bursztynową cieczą.
Spojrzałem na zegar. W pół do dziesiątej.
Zabierając płaszcz, chciałem wyjść i jak najszybciej dotrzeć do Claudii.
Gdy otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją z uniesioną dłonią, zaciśniętą w pięść, gotową do pukania. Zaskoczyłem ją. Odsunęła się trochę bardziej do tyłu i stanęła w świetle świecy.
Wyglądała dość ładnie. Jasna, delikatna skóra, bez skazy. Rude, długie do bioder włosy i prosta grzywka, opadająca na czoło. Wielkie zielone oczy, wpatrujące się we mnie i rzęsy, nieśmiało trzepoczące. Wąska talia i szczupłe, długie nogi, podkreślone równie urokliwą, co jej właścicielka, ślizgońsko- zieloną sukienką do połowy ud i na ramiączka. W ręce trzymała płaszcz. Była gotowa do wyjścia naprzeciw śmierci po raz kolejny.
Nagle przypomniałem sobie o czymś.
- Jak twoje plecy?- zapytałem bardziej troskliwie niż zamierzałem i odwróciłem wzrok, wracając do mieszkania. Ona stanęła przy framudze. Wyjąłem maść i kazałem jej podejść i zamknąć drzwi.
- Jestem panu bardzo wdzięczna.- powiedziała z ulgą, zabrała ze swoich pleców włosy i odwróciła się do mnie tyłem.- Bóle są tak niespodziewane… Gdyby nie pan, wiłabym się z bólu w środku spotkania z Czarnym Panem.
- Dobrze, ze chociaż jedno z nas o czymkolwiek w ogóle pamięta.- powiedziałem zgryźliwie.
Spojrzałem na zamek od sukienki. Nie mogła sama go dosięgnąć, ewidentnie dawała mi do zrozumienia, że to ja mam ją rozebrać.
Westchnąłem zadowolony i wściekły na siebie. Zaraz miałem ponownie zobaczyć jej pokaleczone plecy, a mój dotyk miał je uleczyć. I jednocześnie miałem pozbawić swoją uczennicę jedynego okrycia.
Powoli rozpiąłem zamek, do połowy pleców, a ona skrzyżowała ręce na piersiach, aby nie pozwolić sukience opaść z przodu. Zauważyłem, że nie nosiła biustonosza.
Wsadziłem palce do słoiczka z maścią i przytknąłem swoje lodowate palce do jej gorącego ciała. Wodziłem palcami po każdej bliźnie, myśląc, jak ogromny ból musiała przeżyć. Nawet mnie nie zrobił tak wielu ran na raz. Okropne blizny szpeciły jej gładką, jak aksamit, skórę, ale mnie to nie przeszkadzało… Dla mnie w dalszym ciągu były idealne pod każdym względem.

- Oh, Severusie, chyba za długo nikogo nie miałeś… Musisz się przejść do burdelu… Albo może Bella będzie miała wolny wieczór we wtorek lub środę…- rozmyślałem.

Skończyłem swoje zadanie. Zdecydowanie za szybko, ale i tak trwało to ponad pięć minut.
Wymyłem ręce, zapiąłem jej sukienkę, ona szepnęła szczere „dziękuję” i wyszliśmy. W ciemny korytarz, w Ciemność, w noc.
Z taką małą nadzieją, że będzie nam dane tam wrócić.



² Piscator- tłumaczenie z języka łacińskiego- „Rybak”