poniedziałek, 24 grudnia 2012

Pokonani - 17. Jak narkotyk

Postanowiłam wstawić trochę wcześniej i zrobić mały prezent na święta. Jeśli chodzi o samą treść, jakby to powiedzieć... z początku nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa i w sumie nie wiem, jak to się stało, ale rozdział można potraktować jako +16, żeby nie pisać, że dla dorosłych. Aż tak ostro to nie jest... Ale zapraszam do lektury, rozdział krótki, więc szybki do przeczytania. Mam nadzieję, że się spodoba ;)




17. Jak narkotyk.


Nie umiałam nic wyczytać z jego wyrazu twarzy. Nie wiedziałam, skąd zebrało się we mnie nagle tyle złości, ale musiałam wykrzyczeć wreszcie to wszystko, co trzymałam w sobie od pewnego czasu. Bardzo bolesnego czasu.
- Naprawdę jest pan aż tak ślepy?!- krzyknęłam.- I tak nieczuły na ludzkie odruchy?!!!- mój krzyk mieszał się z rozpaczą. Przecież po czymś takim nie mogło być już między nami normalnie.- I głuchy!!!- dodałam- Po co mówiłabym panu o sobie, po co dawałabym dostęp do myśli, dlaczego nie poszłam zaskarżyć, że półroczny szlaban jest niezgodny z przepisami?!!!- zaniosłam się płaczem, opadłam bezwładnie na kolana i ukryłam twarz w dłoniach. Z pomiędzy palców ciekły mi łzy.



Stałem, wbity w podłogę, nie rozumiejąc, co się dzieje wokół mnie. Nigdy nie przerażała mnie żadna sytuacja. Stawianie czoła śmierci i bólowi było jak najbardziej do zaakceptowania w porównaniu z płaczem kobiety, do której…
CHOLERA, NIE!!!
Jej łzy po raz pierwszy sprawiły, że nie miałem pojęcia, co zrobić. Stałem tam. Widziałem ją. I wiedziałem, co czuję.
Krzyczała na mnie. Mówiła o czymś, co już dawno zaprzątało moje myśli. Analizowałem swoje zachowanie. Czy ja…? Niemożliwe, żebym… Nie…
Łzy… Łzy uciekające z najpiękniejszej i najinteligentniejszej pary oczy, jaką kiedykolwiek widziałem. Z oczu mojej uczennicy, mojej praktykantki. Z oczu kobiety, która mnie kochała.




Usłyszałam cichy szelest, lekki powiew wiatru i po chwili ciepło jego ciała, klęczącego kilka centymetrów ode mnie.
- Claudia.- wyszeptał i złapał moje nadgarstki, żeby odsłonić moją zapłakaną i zaczerwienioną twarz.- Claudia.- szepnął jeszcze ciszej, jeśli było to w ogóle możliwe i uniósł mój podbródek, bym spojrzała mu w oczy. I spojrzałam.
Odsunął delikatnie zwilżone moimi łzami kosmyki włosów z mojej twarz i mi się przyjrzał. Wzrokiem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Kciukiem otarł wszystkie mokre i słone punkty z mojej twarzy, po czym delikatnie go oblizał. Cały czas patrzył głęboko w moje oczy. Lekko, jak piórkiem przesunął palcem po moich wilgotnych, miękkich i rozchylonych wargach. Wyciągnął rękę, przejechał nią po moich włosach i następnie ją w nie wczepił, ujmując leciutko moją głowę.
To, co robił było tak niesamowicie przyjemne. W końcu poczułam, że jestem na swoim miejscu w życiu. Że moje miejsce jest przy nim.
Drugą rękę umieścił na moich plecach i podciągnął mnie trochę do góry. Zbliżył powoli swoją twarz i ucałował moje czoło, po czym się odsunął, by ponownie spojrzeć mi w oczy.
Czułam, jak bardzo go pragnę. Chciałam, żeby był tylko mój.
Tylko. Mój.
Wyciągnęłam swoją rozgrzaną dłoń i dotknęłam jego policzka. Jego skóra była jeszcze nienaruszona przez wiek i tak delikatna, jak sobie wyobrażałam. Jego zapach cytrusów doprowadzał mnie do szaleństwa.
Przysunął nieśmiało swoją twarz. W chwili, gdy jego gorące wargi dotknęły moich, zamknęłam oczy, aby rozkoszować się chwilą. Poruszyłam się lekko, aby zachęcić go do dalszych działam, na co on przystał i zaczął mnie całować. Górną i dolną wargę na przemian. Gdy tylko polizał moją dolną wargę, zatopiłam jedną swoją rękę w jego czarnych, lekko tłustych włosach, co mi absolutnie nie przeszkadzało, wręcz wyglądał tak dla mnie jeszcze bardziej atrakcyjnie, a druga powędrowała na jego kark i przyciągnęłam go do siebie mocno, uchylając usta, aby go do siebie wpuścić.
Jego język był gorący i przyjemnie śliski. Od razu rozpoczął taniec z moim, delikatnie łaskocząc podniebienie.
Przysunął mnie do siebie bliżej. Każdą częścią swojego, dotykałam jego twardego ciała. Długo nie myśląc zaczęłam głaskać jego ramiona, ciągle przysuwając go jeszcze bliżej. Z chęcią oddawałam pocałunek. Pierwszy raz całowałam z pasją, namiętnością i jednoczesną delikatnością. Było w tym coś tak niesamowitego. I tak magicznego… Takiego… zakazanego.
Wcisnęłam swoje dłonie między siebie a niego i zaczęłam powoli rozpinać jego surdut. Ilość guzików przeszła samą siebie. Pod surdutem, który opadł w końcu na ziemię, rozpięty z małą pomocą Snape’a, znajdowała się idealnie dopasowana, czarna koszula. Jednak, gdy zaczęłam rozpinać i te guziki, złapał moje ręce, powstrzymując mnie i odsunął się ode mnie.
Oboje zaczerpnęliśmy powietrza i próbowaliśmy uspokoić oddechy po tym niezmiernie długim i jeszcze przyjemniejszym pocałunku.
Spojrzał na mnie uważnie.
- Nie chcesz tego.- wyszeptał, zapewniając mnie jednocześnie.
- Chcę.- odpowiedziałam szybko.
Podniósł się z klęczek i otworzył drzwi.
- Idź do siebie, zanim stanie się coś, czego będziesz żałować.- powiedział.
Słyszałam w jego głosie prośbę o to, żebym wyszłam, choć ewidentnie widziałam, że mówił mi to z bólem i niechęcią.
- Proszę, wyjdź.- powtórzył.
Rozdygotana podniosłam się z podłogi i niewiele myśląc skierowałam się do drzwi. Przeszłam przez próg. Obserwował mnie, czekając aż opuszczę pomieszczenie przez drzwi w laboratorium. Dotknęłam klamki i zamarłam.
Odwróciłam się nagle w jego kierunku, mając na twarzy tylko przyjemność wymalowaną jego pocałunkami.
- Nie, Severusie.- pierwszy raz powiedziałam do niego po imieniu.- Nie ma cholernej możliwości, żebym wyszła!- krzyknęłam.
W paru krokach znalazłam się przy nim i pocałowałam, zarzucając mu ręce na szyję. Wydawał się być równie zaskoczony, zmartwiony, co i zadowolony z tego obrotu sytuacji. Przycisnął mnie mocno do siebie, a ja powróciłam do wcześniej przerwanej czynności rozpinania jego koszuli. Wreszcie wyciągnęłam jej poły z jego spodni i ściągnęłam, rzucając na ziemię. Dotknęłam jego nagiej skóry i przeszedł mnie dreszcz, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo jest gorący i rozpalony. A mnie było ciągle zimno. Wcisnęłam się w niego jeszcze bardziej.
Przestał mnie całować i spojrzał w moje oczy. Była w nich płynna, czarna namiętność. I czułość, jakiej nigdy nie myślałam u niego zobaczyć.
- Na pewno tego chcesz?- zapytał, dotykając mojej szaty i jednym zręcznym ruchem, zrzucając ją ze mnie, dając mi jednocześnie do zrozumienia, o co pyta.
- Tak.- odpowiedziałam szczerze, patrząc mu w oczy.
- Nie napoiłaś się Amortencją, ani niczym innym?- przyglądał się mi uważnie.
- Nie.- pokręciłam głową.
- I nie zostałaś potraktowana Imperisem?- doskonale wiedział, że nie. Zachowywała bym się inaczej. A po za tym, nawet jeśli ktoś by go na mnie rzucił, to bym na to pytanie nie odpowiedziała.
- Przecież wiesz, że nie.- odszepnęłam niecierpliwie, czując wyraźne konsekwencje braku jego ust na swoich.
- Myślę, że…
- Nie myśl, Severusie…- wyszeptałam, patrząc głęboko w jego oczy i zakrywając jego usta kilkoma palcami.
Pocałowałam jego szyję, kreśląc drogę w dół ku jego klatce piersiowej.
Wydawał się zatracać w moich pocałunkach, jednak doświadczenie i życie oraz zawód wykształciły w nim pokłady samokontroli.
- Claudio…- podciągnął mnie delikatnie do góry i znów spojrzał w moje oczy. Jego oddech był wyraźnie przyspieszony.- Byłem kiedyś w twoich myślach…- przyznał.- Jesteś dziewicą…- wyszeptał najspokojniej jak potrafił w takich okolicznościach.
Spojrzałam na niego trochę zdziwiona i zbita z tropu. Odsunęłam się delikatnie.
- To źle…?- wyszeptałam, jeśli to możliwe, jeszcze ciszej niż on.
- Nie, nie…- oboje czuliśmy się niezręcznie.- To bardzo dobrze, tylko… nie powinienem być osobą, która odbierze ci niewinność. Jestem twoim profesorem.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Nie odbierze mi jej osoba, która jest moim profesorem, tylko osoba, którą kocham, Severusie.- dotknęłam delikatnie jego policzka.- Znasz się na magii. Przecież nie kłamię. Napis na tamtym sercu nie MI miał udowodnić mojego uczucia ciebie, tylko sprawić, żebyś TY w nie uwierzył.- oblizałam wargi.- Trzymałam moją niewinność tylko dla ciebie.- wyszeptałam mu do ucha.
Warknął szaleńczo, słysząc moje wyznanie i zaczął znów mnie całować, trzymając w szczelnych objęciach. Od razu pogłębił pocałunek, a ja tylko czekałam, aż poczuję jego język, proszący o pozwolenie na wejście. Dostał je parę sekund później.
Ściągnął mój sweter i przyssał się do mojej szyi, rozpinając jednocześnie moją czarną koszulę. Zakręciło mi się w głowie i ugięły się pode mną kolana, gdy poczułam jego język na swojej szyi. Przytrzymał mnie mocno, wyraźnie zadowolony z reakcji mojego ciała na jego ruchy.
Buty zdjęłam w międzyczasie, on także, a już chwilę później zostałam pozbawiona również spodni.
Nakierował mnie w stronę łóżka, gdzie lekko mnie pchnął na atłasową pościel, błyszczącą się srebrzyście. Położyłam się, podpierając się na łokciach i obserwując, jak mój Severus pozbawia się dolnej części garderoby i wciąga się na łóżko w samych bokserkach.
Nie czułam wstydu. Według mnie pasowaliśmy do siebie idealnie. Jego dłonie były idealnej wielkości, by złapać mocno moje biodra, a moje nogi wystarczająco długie, by owinęły się wokół jego pasa, gdy wciągnął mnie na swoje kolana.
Wziął między palce kosmyk moich włosów i przejechał po całej ich długości, a następnie zanurzył głowę w całej ich garści i zaciągnął głęboko.
- Pachniesz tymi wspaniałymi różami…- szepnął.
- A ty tymi nieprzyzwoitymi cytrusami…- odwzajemniłam komplement, który był całkowita prawdą.
Zaśmiał się cicho.
- A już miałem zmienić płyn pod prysznic.- uśmiechnął się.
- Ani mi się waż!- wpiłam się w jego wargi, a potem równie szybko przeniosłam je na jego umięśniony brzuch.
Miał wspaniałe i imponujące mięśnie brzucha, wyrzeźbione idealnie- układały się w sześć małych wybrzuszeń. Był elektryzujący w dotyku.
Poderwał moją głowę do góry.
- Nie podoba ci się…?- spuściłam wzrok, czując się odrzucona, smutna i zmartwiona.
- Podoba jak cholera!- zaśmiał się szczerze, co sprawiło, że spojrzałam na niego.
- Więc, dlaczego…- zaczęłam, ale niedane było mi skończyć, bo mój Severus mi przerwał.
- Dzisiaj, to ja tobie będę dogadzać…- pocałował mnie głęboko.
Jednym z powodów, dla którego nie kłóciłam się z nim było moje wyobrażenie o tym, jak będzie mi „dogadzać”, co zdecydowanie sprawiało, że rozpływałam się jak czekolada. Było zdecydowanie zbyt… podniecające, by mogło być przyzwoitym. Jednak jeszcze większe emocje wywołał we mnie wyraz „dzisiaj”, który oznaczał ni mniej ni więcej, że będą kolejne razy. A to już całkowicie sprawiło, że moja samokontrola poszła spać, a ja poddałam się boskim i nieziemsko sprawnym wargom i porażająco ruchliwemu językowi Severusa.
Położył mnie, usunął resztki garderoby i przystąpił do całkowicie nie niewinnych pieszczot.
W pewnym momencie, trudno określić, w którym dokładnie, gdyż mój umysł całkowicie zamroczony był rozkoszą i błaganiem o spełnienie, staliśmy się jednością.
Z czułością przyglądał się mojej twarzy wyginającej się w bólu. Czekał na moje przyzwolenie na dalsze działanie. Już po chwili kochaliśmy się dalej, a ja z każdą chwilą odczuwałam więcej przyjemności niż bólu, który w pewnym momencie całkowicie poszedł w niepamięć. Doszliśmy jednocześnie, co tylko sprawiało, że ta chwila była bardziej wyjątkowa.
- Ooohhh! Severusie! Tak!- krzyknęłam i opadłam wyczerpana z ogromnym uśmiechem na twarzy.
Severus był cichym kochankiem. Tylko mruknął w chwili spełnienia i ułożył się obok mnie, na boku. Tak, żeby na mnie patrzeć.
Poczułam nagłą pustkę, którą nie wiedziałam, jak wypełnić.
- Przytul mnie, proszę…- szepnęłam, a on długo się nie zastanawiając, odpowiedział.
- Chodź tu do mnie.- ułożył się na plecach i rozłożył ręce.
Pocałowałam go lekko i położyłam głowę na jego torsie. Jedna z moich nóg idealnie przylegała do jego boku, a drugą lekko podkurczyła i umiejscowiłam na jego udzie. Objął mnie mocno, przyciskając do siebie, a drugą dłonią głaskał moją głowę w geście jeszcze większej czułości.
- Kocham cię, Severusie…- szepnęłam ledwo co słysząc swój głos.
Rozpłynęłam się pod jego dotykiem i bliskością. I chwilę później znajdowałam się już w objęciach Morfeusza.




Nigdy nie uważałem siebie za złego człowieka. Nie byłem, oczywiście, chodzącym ideałem, ale kilka szlabanów, czy zgryźliwych uwag wydawały mi się niczym w porównaniu do poczynań wszystkich przestępców tego świata.
Owszem, zabijałem. Czy tylko na polecenie Czarnego Pana? Raczej nie przypominam sobie, żebym zrobił to kiedykolwiek z własnej woli. Wydawało mi się to jednak mniejszym złem. Usprawiedliwiałem się, że robię to dla Zakonu i tak dalej… Po to tylko, żeby go pokonać i inne takie…
Jednak miałem sprawdzony sposób, by sprawdzić, czy postąpiłem źle, czy dobrze. Żadnej magii, po prostu ludzkie odruchy.
Zawsze, gdy robiłem „źle”, oczywiście w imię wyższego dobra, gdy wracałem do kwater, musiałem wypić chociaż jedną szklaneczkę. Ich ilość zależała „źlewości” danego czynu. Moim miernikiem złych uczynków była whisky. Nie pamiętałem, żeby zdarzył mi się chociaż jeden wieczór bez niej.
Na moim nagim torsie leżała osiemnastoletnia dziewczyna, która mnie prawdziwie kochała. Nawet, gdybym nie wierzył w jej słowa, a czyny uznał za podstęp, nie mogłem ignorować naszyjnika- starego naszyjnika, który niegdyś pokazał Minerwie, że kocha Albusa.
Była to najpiękniejsza dziewczyna, jaką w życiu widziałem. Najinteligentniejsza uczennica całego Hogwartu, odkąd zacząłem uczyć. Wtulała się we mnie, swojego profesora i mistrza, który odebrał jej niewinność. To wszystko wydawało mi się złe i nieodpowiednie. W końcu, byłem nawet pewien, że złamaliśmy nie jeden z przepisów.
Jednak tamtej nocy ani razu nie pomyślałem o whisky. Teraz moim narkotykiem była Ona. Poczułem się usatysfakcjonowany i piekielnie winny.

wtorek, 18 grudnia 2012

Pokonani - 16. W tym czasie, gdzie indziej


16. W tym czasie, gdzie indziej.


Siedzieliśmy we własnym dormitorium. Ja i człowiek, który zdawał się rozumieć mnie bardziej niż inni. Może dlatego, że oboje siedzieliśmy w tym po uszy. I oboje nie mogliśmy wyrazić swojego zdania na głos. Razem przeszliśmy Inicjację i mieliśmy takie same poglądy. No i, oczywiście, obaj byliśmy najprzystojniejszymi uczniami Hogwartu.
Fakt, że się w nim nie znajdowaliśmy, zaczynał mi przeszkadzać. Zbyt długo jej nie widziałem. Zbyt długo przebywałem już między tymi tłumokami. A minął dopiero miesiąc.
Blaise spojrzał na mnie znudzony. Za dobrze mnie znał i ja jego też. Rozumieliśmy się bez słów.
- Nie gap się tak na mnie, stary!- warknąłem.
- Do siedmiu grzechów Slytherina, czego ty ode mnie chcesz?!- krzyknął gniewnie i wstał z miejsca.- Wiesz, ja też chciałbym ją już zobaczyć!- dodał.
- Kogo, Zabini?!- zdenerwowałem się jeszcze bardziej i zmrużyłem oczy.
- No, tą… twoją rudą…- wyjąkał, wiedząc, że się zagalopował.
- Kogo, Zabini?!!!- wrzasnąłem.- Możesz z łaski swojej powtórzyć?!- wstałem i przystawiłem mu różdżkę do szyi, gotowy na rzucenie jakiegokolwiek zaklęcia.
Zaavadowałem go wzrokiem.
- Uspokój się, Draco.- powiedział spokojnym głosem. Znał mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że on może się posunąć daleko bez konsekwencji. W tamtym momencie wszedł na drażliwy temat i stąpał bo bardzo cienkiej linii.- Po prostu fajna ta Wiewióra.- dodał.
- Co, już ci się  nie podoba Lettice Thomson?!- zapytałem zgryźliwie, ale odsunęłam różdżkę i klepnąłem go w ramie w geście niemych przeprosin.
Uśmiechnął się lekko i zarumienił.
Do czego to doszło… Blaise Zabini się rumieni…
- No, oczywiste, była numerem jeden. W końcu jest i była Ślizgonką.- zaczął.- Ale teraz, kiedy Ruda przeszła do Domu Węża, to już oficjalnie stała się najatrakcyjniejszą dziewczyną całego Hogwartu.
Uniosłem jeden kącik ust, czując dumę, że mówi tak o MOJEJ dziewczynie. Był czysto krwistym Ślizgonem, zawsze wiedział, jak umiejętnie połechtać moje ego.
- Nie gniewaj się, Smoku.- rzekł.- To tylko komplement dla niej.- tłumaczył się i usiadł obok mnie na moim łóżku.
- Nie będę, Blaise.- odparłem.- Tylko waż słowa.- spojrzałem na niego niebezpiecznym wzrokiem.- Ona jest więcej warta niż te wszystkie dziewczyny razem wzięte.- zamyśliłem się.
- Jesteś moim kumplem i dlatego nie zamierzam ukrywać przed tobą, że Claudia Madelstone mi się podoba.
Uśmiechnąłem się szerzej.
- To przede mną nie ukrywaj.- zapauzowałem.- Tak przy okazji… Snape nakazał wszystkim nazywać ją jej właściwym nazwiskiem. Już nie mówi się do niej per ‘panna Madelstone’.
Zaskoczyłem go. Poznałem po charakterystycznym błysku w jego lewym oku.
- Claudia Ringroyal.- odpowiedziałem na nieme pytanie.
Myślał chwilę, rozważając, czy go nie okłamuję.
- Ty na serio nie niepokoisz się tym, że twoja dziewczyna jest z Ringroyal’ów?- uniósł brew. Z ekspresji jego twarzy wyczytałem prośbę o zaprzeczenie wszystkiemu, co powiedzialem i skwitowanie malfoyowskim uśmieszkiem. To jednak nie nastąpiło. Wpatrywałem się w niego uważnie. – Kurwa… Ty w cale nie żartujesz!- zaśmiał się ze zdenerwowania, a ja poczułem się jeszcze bardziej zbity z tropu.- I nigdy nie słyszałeś…- zaczął się szaleńczo śmiać.- O cholera…- wstał z łóżka i skręcając się ze śmiechu podszedł do barku, skąd wziął dwa kieliszki i Ognistą. Nalał nam obojgu. Swój wypił od razu i nalał jeszcze jeden. Podał mi drugi.
Gotowało się we mnie ze wściekłości. O co mu, kurwa, chodziło?!!!
- Uspokój się, Zabini, albo ci w tym pomogę!- rozkazałem głosem ostrym jak żyleta i zmroziłem wzrokiem. Od razu się pohamował. Zacisnąłem szczęki, a on opadł w tym czasie na fotel, uprzednio przysuwając go pod same łóżko.
- Smoku… nawet mnie zdarzyło się przebywać w twojej największej bibliotece…- zaczął już spokojniej.- Wierzę, że sam przebywałeś tam częściej.
- Dojdź wreszcie do sedna sprawy, Blaise. Nie mam ochoty na gierki!- warknąłem.
- Przyznaj po prostu, że nie możesz znieść świadomości, że wiem na temat twojej dziewczyny trochę więcej niż ty.- wyszczerzył się. Jak on cholernie lubił się droczyć…!!!- Na temat kogokolwiek…- dodał po upiciu łyku whisky.
Przechyliłem kieliszek i wypiłem wszystko na raz. Znalazłem się przy stoliczku z karafką i tym razem nalałem sobie do szklaneczki.
Miał rację. Irytowała mnie myśl, że wie coś, czego ja nie. Zazwyczaj to ja szantażowałem go, co to on może zrobić, żebym zdradził mu informacje. Role się odwróciły, co mi się nie podobało. Ale tego przyznać nie mogłem.
- Czego chcesz?- zapytałem już całkowicie opanowanym tonem, wlewając w siebie jedną piątą pełnej bursztynowej cieczy szklaneczki.
- W zamian za przyjemną historyjkę…- udawał, że się zastanawia. Tak naprawdę już wcześniej znał odpowiedź na to pytanie. W sumie, domyślałem się, czego będzie chciał.- Przejażdżka twoim Maserati.- uśmiechnął się jadowicie. Mój osobisty strzał w dziesiątkę. Taa… moja intuicja rzadko mnie zawodziła.- Możesz mi ewentualnie towarzyszyć.- dodał, gdy w moich oczach zobaczył, że się zastanawiam.
- Doskonale wiesz, że srebrne Granturismo jest mojego ojca, Blaise.- opowiedziałem.- Myślisz, że jest taki głupi, żeby pożyczyć nam Maserati po tym, jak w wakacje załatwiliśmy jego Maybacha?- uniosłem brew, bliski wydęcia swoich ust w złośliwym i szczerze rozbawionym uśmiechu, przypominając sobie, jak skasowaliśmy nowiutką maszynkę mojego rodziciela, nie wyrabiając na zakręcie. Ale był wściekły…
- To jedyna rzecz, jaką chcę, a ty nawet na ten nikomu nieszkodzący warunek nie możesz przystać…?- udawał zasmuconego.- W takim razie… żeby zaleczyć moje zbolałe serce, w które nożem ugodził mnie mój niewyrozumiały przyjaciel…- zmodulował swój głos i mówił teraz bardzo melodramatycznym tonem. Zaśmiałem się, słysząc jego słowa.- Muszę zadowolić się czymś innym…- westchnął i znów udawał, że się zastanawia. Spojrzał na mnie z uśmiechem, którego nie powstydziłby się żaden siódmoroczny Ślizgon.- Chcę trzech godzin z Rudą na szczycie Wieży Astrologicznej.
- Nie jesteśmy w Hogwardzie, idioto.- odburknąłem.
- Nagrodę odbiorę po powrocie. Masz honor i wiem, że dotrzymasz słowa.- jego oczy śmiały się, rozbawione całą tą sytuacją.
Uniosłem brew z oburzeniem wymalowanym na twarzy. Ona. Była. Tylko. Moja.
- Skombinuję te Masrati.- odparłem zrezygnowany i niezadowolony z ultimatum, jakie mi postawił. Jednak wybór był bardzo prosty. A Blaise od początku tej rozmowy wiedział, że się tym Masrati przejedzie. Przecież byliśmy najlepsi w swojej sztuce krętactwa i strategii.
Uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Więc, tak jak już mówiłem… biblioteka. Zapewne bywasz tam częściej niż ja.
- To oczywiste.- potwierdziłem znudzonym głosem. Czy on nie mógł w końcu przejść do najważniejszego?!
- Na końcu, za wszystkimi regałami na ścianie wisi pewien zdobiony arras. Jest na nim przedstawiona historia rodu Malfoy’ów. Jest magiczny, co oczywiste. Za każdym razem, gdy ktoś z twojej rodziny wstępuje w związek małżeński lub narodzi się potomek, drzewo genealogiczne od razu to ujawnia i wyszywa na arrasie. Wiem to, bo u siebie mam identyczny.
- Więc?- zapytałem naprawdę zniecierpliwiony.
- Z tego drzewa, jak i z mojej wiedzy wynika, że twój ród i ród Ringroyal’ów, wywodzicie się z jednego rodu, obecnie nieistniejącego, gdyż rozdzielonego na wasze dwa. Nawet nie pamiętam nazwiska… były to dwie siostry. Wydano je za mąż za średnio zamożnych, jednak one były księżniczkami i wnosiły w posagu mnóstwo pieniędzy. Tak oto wasze rody są bogate, choć nazwiska pochodzą od mało znaczących szlachciców.
- Twierdzisz zatem, że ja i Claudia formalnie jesteśmy rodziną.- próbowałem zrozumieć dogłębniej.
Machnął lekceważąco ręką i się uśmiechnął.
- Jaką tam rodziną!- prychnął- Wasza krew na pewno nie jest ani w kropli identyczna lub chociaż podobna.- kontynuował.- Chociaż, formalnie jesteście kuzynostwem. Dalekim, ale jednak.
Uśmiechnąłem się lekko.
- W takim razie, mój ojciec i Snape też nie są dobrzy w genealogii…- zastanowiłem się.- Już na pierwszym roku zostałem uświadomiony, że mam się z nią ożenić.- zaśmiałem się.
- Jakoś przez te wszystkie lata nie było widać, żebyś ją adorował, mężusiu.- zakpił.
Spojrzałem na niego złowrogo. Błyski w moich oczach mogły mu uświadomić, że znów się znajduje na kruchym lodzie, jednak był już zbyt upojony alkoholem, by je zauważyć.
- Ciekawe, co to się stało, że NAGLE zaczęliście chodzić pod rękę…???!!!- rechotał na całego, naśmiewając się ze mnie.
Z mojego gardła wydarł się cichy i niebezpieczny warkot i zakończyłem jego śmiechy, wciskając swoją różdżkę w jego gardło.
Spojrzał się na mnie zaskoczony i chyba pierwszy raz poczuł realne zagrożenie z mojej strony. Przegiął i to zdrowo. I to na temat tabu…
- Uspokój się, albo nie zobaczysz ani Maserati, ani Malfoy Manor.- wyszeptałem głosem przepełnionym bólem na tamto wspomnienie, ale przede wszystkim jadem.- Bynajmniej żywy.- dodałem, świdrując go wzrokiem.
Zrozumiał, że posunął się za daleko.
- Sorry, Draco.- mówił już całkiem poważnie. Zawsze zaskakiwał mnie, jak potrafi z rozrechotanego bachora przejść do poważnej rozmowy w zaledwie kilka sekund. Tak było i tym razem.
Odsunąłem się od niego i znów usiadłem na łóżku.
- Wiesz, czasem tak sobie myślę, że mówienie ci o swoich problemach, dając ci wejście do swojej głowy było jednak złym pomysłem.- zacząłem zrezygnowanym głosem i uczuciem smutku, które oczywiście schowałem głęboko w sobie, nie pozwalając mu wypłynąć na zewnątrz. Moje „zwierzanie się” Blaise’owi polegało tylko i wyłącznie na tym, że pozwalałem mu wejść do swojej głowy i zobaczyć przygotowane wcześniej wycinki obrazów, czy sytuacji. Tak było bezpieczniej. Nikt niepożądany nie mógł tego usłyszeć i zostawało to pomiędzy nami. Po za tym ubieranie uczuć w słowa nie było moją działką.- Jak nie przestaniesz wypominać mi niektórych sytuacji, to poważnie zastanowię się nad Oblivate.- ostrzegłem go i spojrzałem spokojnie i poważnie w jego oczy.- Chyba nie chcesz, żebym ci grzebał w głowie.
Wiedziałem, że zrozumiał.
W końcu, po jeszcze paru minutach ciszy, wyszedł do własnej sypialni, która była połączona z moją przez łazienkę.




- Lucjuszu.- blondyn usłyszał swoje imię, wypowiedziane tonem, jakiego nienawidził. Zawsze przynosił coś złego.
Jak wtedy, gdy kazał mu przygotować Dracona i Blais’a Zabiniego do Inicjacji. Zmuszał się do tego, wiedząc, że, aby osiągnąć sukces, trzeba najpierw coś poświęcić. Był pewien, że jego syn nie miał pojęcia, że już w dniu, w którym został obdarzony Mrocznym Znakiem, i w którym zabił swoją babcię, Lucjusz wiedział, że obaj chłopcy, bo zaledwie czternastoletni, nie mają najmniejszej ochoty służyć Voldemortowi. Wybór nie należał do nich. Nie wiedzieli też, że i Lucjusz z Severusem mieli wtedy pewne plany.
- Tak, Panie.- odpowiedział niemal automatycznie, wychylając swoją głowę i spoglądając na jego zdeformowaną twarz.
- Jak mniemam, upewniłeś się, że panna Ringroyal otrzymała moja wiadomość.- mówił spokojnie i uważnie przyglądał się Malfoy’owi.
- Owszem, Panie. Jestem pewien, że już zaczęła je wykonywać. T…- zdusił w sobie resztę wypowiedzi, sarkastycznie chwaląc swoją głupotę.
- Masz coś do dodania?- Voldemort uniósł swoją głowę, piejąc swoim wysokim głosem.
Nie było szans, żeby Malfoy Senior wymigał się od odpowiedzi.
Czwórka jego pozostałych towarzysz obserwowała, jak blondyn próbuje składnie się wypowiedzieć. Jego żona zacisnęła delikatnie rękę na jego kolanie. Bellatrix Lestrange wyśmiała jego odważną, choć nieskończoną, uwagę wzrokiem, a Zabini Senior swoim świdrującym spojrzeniem próbował ostrzec go przed nieprzemyślana odpowiedzią.
- Uważam, Panie, że panna Ringroyal powinna dostać pozwolenie na ujawnianie swoich Zadań Severusowi.- zaczął, jak zwykle nie dając po sobie poznać, że jest sparaliżowany z przerażenia.- Jest uczennicą, a jej potajemne wyjścia mogą szybko zostać odkryte. Ze względu na powagę sytuacji i chęć utrzymania wszystkich Zadań w tajemnicy proponuję wyżej wymienione rozwiązanie.- ucichł.
Wszyscy wstrzymali oddech, gdy Lord Voldemord rozważał coś, mrożąc swoimi czerwonymi oczyma wszystkich dookoła.
- Zgadzam się.- odparł w końcu, a zgromadzeni nie wiedzieli, czy mówi poważnie, czy tylko żartuje, gdyż Tom Marvolo Riddle bez wątpienia poczucie humoru posiadał.- Nie patrz się tak na mnie, Lucjuszu. To po prostu dobry pomysł, pozwalający pannie Ringroyal bez problemu wypełnić zasady przygotowań do Inicjacji.- zrobił krótką przerwę.- Cóż uczynimy, jeżeli chodzi o jej rodziców?- zadał pytanie, ale nikt nie odpowiedział.- Tessa i Quentin zdają się nie mieć pojęcia o poczynaniach swojej córki.- widać było, że Czarny Pan miał wyjątkowo dobry humor, co znaczyło, że nikomu się jeszcze nie oberwało Crucjatusem.
Cisza w jednym z salonów Malfoy Manor trwała.
- Dziś panna Ringroyal kończy osiemnaście lat, Panie.- poinformowała swojego Pana Narcyza, sama zaskoczona, że pamiętała tą datę, wspomnianą kiedyś przez swojego pierworodnego.
Płaskonosy uśmiechnął się szaleńczo.
- W takim razie, nic im do tego.- skwitował i spojrzał na pergamin przed sobą. Złapał za pióro i napisał parę słów.- Wygląda na to, że panna Ringroyal rzeczywiście przystąpiła już do Zadania. Na dziś koniec.
Jednym ruchem dłoni sprawił, że wszyscy zniknęli z salonu. Został sam. Był w dobrym humorze, na pewno. I naprawdę obiecał sobie pozwolić rudej Ślizgonce na dzielenie się swoimi Zadaniami z Severusem.

piątek, 14 grudnia 2012

Pokonani - 15. Morderstwo w Hogsmeade


15. Morderstwo w Hogsmeade


Najdroższa Claudio,

Myślę o Tobie całymi dniami. Z upragnieniem czekałem na list od Ciebie, który dostarczono mi wczorajszego wieczoru. Tu panuje zasada, że można odpisywać na listy, ale nie pisać ich pierwszemu. Oto i powód, dla którego nie mogę napisać do ojca. Przekaż mu to, gdyby chciał wiedzieć.
List pisałaś dwa tygodnie temu. Mówiłaś w nim, że Czarny Pan kazał ci zabijać. Przekaż podziękowania Snape’owi, który obronił cię przed tym mężczyzną, który cię dusił. Zabiłbym go, gdyby on jeszcze żył…
Dostaniesz moje wiadomości prawdopodobnie również za dwa tygodnie, więc pragnę. Ci życzyć Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego. Prezenty pragnę  wręczyć Ci osobiście. Nie wiem, czy zostajesz w Hogwardzie, czy nie. Nie wspomniałaś o tym.
Snape zaczął cię nazywać panną Ringroyal?! Na świętą różdżkę Slazara! Co mu się przyśniło po sześciu i pół roku!? A tak… mówiłaś, że „grzecznie przekonał” innych do nazywania Cię tak i „nienatarczywie poprawiał” każdego, kto zrobił inaczej. Mało się nie roześmieję… W sumie, może to i dobrze, że w końcu będziesz prawowicie nazywana…
Narobiłaś w Hogwardzie tyle zamieszania przez ostatni miesiąc! Nie wiem, czy Stary Ci to wybaczy… (Uśmiecham się… I natychmiast przestaję, bo Blaise dziwnie się na mnie patrzy…).
Mówiłaś, że następne spotkanie jest po Świętach, po Nowym Roku… Nie wiem, czy uda mi się przybyć, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Jeszcze raz Wesołych Świąt, moja urocza Ślizgonko. Kocham Cię.

Draco Malfoy

PS. Wydaje mi się, że polubiłaś ten szlaban ze Snape’m, co? (Znów ten wzrok Blaisa, lepiej skończę.).




List dostałam na śniadaniu podczas żywej rozmowy z profesorem Snape’m. Rzeczywiście wysyłałam do Draco sowę w ostatnim tygodniu listopada, a odpowiedź przyszła w drugim tygodniu grudnia. Tak… była już połowa ostatniego miesiąca roku. Nie wiedziałam, kiedy to zleciało…
Snape również czytał ten list. Nieoficjalnie, oczywiście, ale gdy unosiłam pergamin na wysokość swoich oczu czułam na nim również wzrok profesora.
- Zrobiłaś już listę wyjeżdżających i zostających?- zapytał całkiem naturalnie.
- Tak. Oddałam ją dyrektorowi w tamtym tygodniu.- odpowiedziałam spokojnie i przygryzłam tost.
Od czasu, gdy Snape pokazał mi swoje wspomnienia rozmawialiśmy znacznie częściej i Snape mówił mi o wszystkim bez ograniczeń, w końcu już i tak psychicznie czułam się Śmierciożerczynią. Otrzymanie Mrocznego Znaku i zajęcie się właściwą inwigilacją było tylko kwestią czasu.
Obrazy, które Mistrz Eliksirów pokazał mi tamtego dnia mówiły ni mniej ni więcej niż, że podziwiał mnie od samego początku, że od pierwszego spotkania, choć nieosobistego, wiedział, że zdobędę sobą Hogwart. Widomość, że już w wieku dwunastu lat byłam najlepszą kandydatką na żonę Draco z jednej strony trochę mnie przerażała, ale z drugiej sprawiała, że czułam się dumna.
- Claudio, chciałbym, żebyś zaczęła dzisiaj przygotowywać Veritaserum.- powiedział między łykami kawy.
Zmartwiłam się trochę.
- A nie mogłabym…- zaczęłam, ale nie skończyłam.
- Czego by pani nie mogła, panno Ringroyal?- zapytał stanowczo unosząc brew. Uśmiechnął się.
- Chodzi o to, profesorze, że ten eliksir warzy się miesiąc, a zbliżają Święta i…- nie dokończyłam. Przerwał mi.
- Chciałabyś wrócić do domu na Święta?- kontynuował opanowany.
- Myślałam, że to oczywiste…- wyszeptałam trochę zasmucona.
Zasmucona, bo dotarło do mnie, że zostaję w Hogwardzie. Trochę, bo wiedziałam, że profesor Snape też zostaje.
- Musisz zmienić swoje plany.- odparł bezuczuciowo.- Ale nie wydajesz się załamana.- przyjrzał mi się uważał i uśmiechnął przyjaźnie.
- Przynajmniej nie będę sama.- odpowiedziałam zarumieniona, po czym wstałam od stołu.- Do zobaczenia na zajęciach po obiedzie.- powiedziałam i skierowałam się ku wyjściu z  Wielkiej Sali.
Szłam do swojego dormitorium po książki.
Od tygodnia uczestniczyłam w lekcjach jako uczeń. Razem z czarodziejami z Wymiany. Nasze stosunki znacznie się polepszyły. Ja postarałam się spędzać z nimi więcej czasu, a oni nie popadać w konflikty ze Ślizgonami. Wiedzieli, że i tak byliby na straconej pozycji.
Poszłam pod gabinet profesor McGonagall. Zaczynaliśmy podwójną Transmutacją. Potem ja i paru innych uczniów mieliśmy podwójną Numerologię, a reszta szła na ONMZ[*], po której mieli godzinną przerwę. Następnie udaliśmy się na obiad do Wielkiej Sali, gdzie usiadłam przy stole Slytherinu.
- Jak tam, Claudia?- zagaił Dave.- Wytrzymujesz za szlamami całe dnie?
Zaśmiałam się.
- Nie wszyscy z nich to szlamy.- odpowiedziałam spokojnie. Claudius i David wymienili spojrzenia.
- Od kiedy to stoisz po ich stronie, co?- zapytała się Julce.
Parsknęłam śmiechem.
- Nie no, teraz przesadziliście, darmozjady!- zaśmiałam się.- Po prostu stwierdziłam fakt. A po za tym, moim zadaniem jest się nimi „opiekować”. Gdybym przeszła na ich stronę, nie siedziałabym teraz z wami.
David się uśmiechnął i objął mnie pocieszająco.
- Mam nadzieję, że żaden cię nie zarazi…- szepnął cicho.
- Odwal się!- udałam wściekłą i naburmuszoną.
Wszyscy jednocześnie się zaśmialiśmy.
Wyszłam z obiadu trochę wcześniej. Na posiłku nie było profesora Snape’a, więc domyślałam się, że jest w Eliksirowni, gdzie od razu się skierowałam.
Weszłam do środka. W Sali byli jeszcze uczniowie trzeciego roku. Kończyli robić jakiś eliksir. Profesor nie siedział za biurkiem, prawdopodobnie był w kantorku.
Weszłam na podwyższenie i skierowałam się do lekko uchylonych drzwi.
Gdy je otworzyłam szerzej, przekonałam się, że Snape nie był tam sam.
Długowłosy blondyn wciągnął mnie za rękę do środka i ponownie zamknął drzwi.
- Silencio!- wyszeptał zaklęcie wyciszające.
- Dzień dobry, panie Malfoy.- skinęłam głową.- Profesorze, jestem gotowa do lekcji. Proszę powiedzieć, co mam robić i nie będę już przeszkadzać.- powiedziałam.
Malfoy uśmiechnął się w odpowiedzi na moje przywitanie.
- Panno Ringroyal, ma pani doskonałe wyczucie czasu. Severus właśnie miał cię wołać.- powiedział ojciec Draco.
Snape wyglądał niewyraźnie. Opierał się rękoma o krzesło, jakby miał zamiar się przewrócić.
- Profesorze, wszystko z panem w porządku?- zapytałam cicho i dotknęłam lekko jego przedramienia. Przeszedł go dreszcz.
Zaśmiał się gorzko.
- Ze mną jak na razie tak…- odpowiedział Snape.- Voldemort wyznaczył ci zadanie, Claudio.- trudno było stwierdzić, czy był to syk, czy szept. Ale na pewno był przerażony.
- Co to takiego, profesorze?- spytałam, czując jak tracę grunt pod nogami, słysząc Jego imię.
Położył mi rękę na ramieniu. Zdziwił mnie ten gest. Chciał mnie podtrzymać na duchu.
- Zostawię was, moi drodzy. Jestem w środku spotkania.- powiedział Malfoy.- Ministerstwo popełnia co raz więcej głupstw, za które to my będziemy płacić.- pokręcił z irytacją głową.- Muszę dopilnować tej hołoty…- uaktywnił Świstoklika i aportował się Merlin jeden wie, gdzie.
Mój niepokój rósł.
- Profesorze… proszę powiedzieć, co to jest…- szeptałam.
- Ależ ja nie mam pojęcia, Claudio…- powiedział szczerze.- Ta informacja znajduje się w tym liście, tak przepełnionym czarną magią, że nie mógł być przechowywany w listowni. Musiałem sprawdzić, co jest powodem zaburzenia harmonii w sowiarni i okazała się nim być ta niepozorna, czarna koperta…- spojrzał na stolik.
Wzięłam ją do ręki, ale od razu upuściłam go na podłogę, gdyż poraziła mnie prądem.
Spojrzałam pytająco na profesora.
- Jesteś jedyną osobą, która może ją otworzyć, Claudio.
Wyszedł z kantorka, by zakończyć lekcje.
- Aperacjum!- wycelowałam różdżką w kopertę.
Od razu pojawił się napis.

Nakarm mnie świeżo- umarłą krwią…

Odskoczyłam odruchowo, gdy zrozumiałam, co mam zrobić.

„Najpierw będzie to kilka zadań, o których nikomu nie będziesz mogła powiedzieć. Nawet nam, nawet Draco. Będziesz musiała je wykonać i nie będzie to istotne, czego sobie zażyczy.”.

Momentalnie przypomniały mi się słowa Lucjusza Malfoya.
Tak… gra się właśnie rozpoczęła…

Różdżką zapisałam na ścianie kantorka widomość dla Snape’a, że muszę coś załatwić i nie będzie mnie na Eliksirach. Byłam pewna, że zrozumie aluzję.
Podeszłam do szafy z gotowymi eliksirami. Wodziłam chwilę palcem, szukając odpowiedniego. Nie wiedziałam, czy mi się przyda, ale wolałam go wziąć, niż później rozmyślać, jak bardzo by mi się przydał. Eliksir Wielosokowy. Włożyłam fiolkę do kieszeni. Zaraz obok niej wylądowała następna, fioletowa z antidotum.
Aportowałam się, trzymając list w powietrzu, dzięki magii ręcznej. Gdy byłam z dala od budynku szkoły, zagłębiłam się w Zakazany Las w poszukiwaniu żywej istoty do zabicia.




Cholerny list!!! Naprawdę sądziłem, że dostanie go trochę później.
Gdy wszedłem do klasy z kantorka wszystkie oczy uczniów były skierowane na mnie.
- Na co się gapicie?!!!- wrzasnąłem i usiadłem za biurkiem.
Wpatrywałem się w każdego z osobna morderczym wzrokiem.
Jakaś dziewczyna spojrzała na mnie dziwnie. Przychuda szatynka z Ravenclaw. Jak się nazywała…? A po co, do cholery, miałbym się teraz nią przejmować, skoro moja praktykantka dostała wezwanie do stawienia czoła śmierci?!!! Zapewne…
- Dziesięć punktów od Ravenclaw za niezajmowanie się swoją pracą, panno Golthic.- usłyszałem swój głos.
Tak… to była siostra Davida Golthica z mojego Domu. Już wiedziałem, skąd znałem te oczy.
Odczekałem pięć minut, z których każda ciągnęła się w nieskończoność. Wreszcie nie wytrzymałem, poderwałem się z krzesła i skierowałem do kantorka. Parę długich kroków i byłem na miejscu.
W pomieszczeniu nie zastałem Claudii. Nie zauważyłem listu. Na ścianie zostawiła mi wiadomość.

Profesorze, proszę mnie nie szukać. Dostałam ZADANIE.

Wbiło mnie w ziemię. Myślałem przez chwilę.
Niech to szlak!
Złapałem oparcie krzesła tak mocno, że zbielały mi kłykcie. Moje oczy zapłonęły wściekłością. Nie umiałem dopuścić do siebie myśli, że ta niewinna dziewczyna musi teraz zrobić dla Niego wszystko. Nie mogłem też pogodzić się z tym, że już nigdy miałbym nie usłyszeć jej głosu, poczuć jej zapachu. Że nie porozmawiałaby już ze mną na żaden inteligentny temat. Że z nikim by nie porozmawiała… na jakikolwiek temat…
Cholera jasna!!!
Rzuciłem krzesłem mocno o podłogę. Dwie nogi, oderwane pod wpływem uderzenia, poleciały w różne strony. Cieszyłem się, że pomieszczenie te zostało wcześniej wyciszone.
Nigdy wcześniej nie dałem upustu swojej złości. Taki spokojny… chłodny… niedostępny…
Niedostępny. A, gdy już kogoś do siebie dopuściłem, zrozumiałem, że zaraz mogę go stracić.

- Jeżeli ona nie wróci, Severusie.- mówiły do mnie myśli.- Przyrzeknij, że nikt nie stanie się dla ciebie tak ważny jak ona.


- Przyrzekam.- odpowiedziałem cicho na głos, wiedząc już, że mówienie do siebie to już część mojego życia po trzydziestce.- Zaraz, zaraz…- zastanowiłem się.- Ważny…?- wyszeptałem tak cicho, że sam siebie ledwo co słyszałem.- Ona nie może być…- zakryłem usta swoją dłonią, a potem w już całkowicie typowej jak dla mnie pozie wróciłem do klasy i opadłem na krzesło za biurkiem.

…ważna…





Znalazłam się w punkcie aportacyjnym, gdzieś w środku Zakazanego Lasu.
Wsłuchiwałam się w jego ciszę. Nie było słychać żadnych odgłosów. Dosłownie nic. Żadnych łamanych gałęzi, czy szumu drzew. Nie przewidziałam, że będę musiała wychodzić na dwór, gdy zmierzałam do Sali Eliksirów i teraz żałowałam, że miałam na sobie tylko bluzkę, sweter i szaty. Było cholernie zimno. Śnieg leżał wszędzie, a co najgorsze, przeczuwałam, że zbliża się burza śnieżna.
Zablokowałam swoje myśli. Nikt nie mógł w nie wniknąć. Kontrolowałam sytuację.
Za pomocą różdżki unosiłam list w powietrzu, nie mając najmniejszej ochoty na kolejne porażenie prądem.
Musiałam znaleźć jakieś zwierze i je zabić. W lesie to nie takie trudne, jeżeli tylko nie jest grudzień. A ten, owszem, trwał i była jego połowa.
Przytrzymałam list w powietrzu używając drugiej ręki, aby mieć wolną różdżkę. Magia ręczna wychodziła mi co raz lepiej.
- Protego Horriblis.- szeptałam zaklęcie ochronne, zataczając okręg wokół siebie, który przesuwał się razem ze mną. Dzięki niemu byłam bezpieczna. Przynajmniej teoretycznie.
Następnie użyłam zaklęcia wyostrzającego słuch i niemal natychmiast doszedł mnie dźwięk chrobotania i drapania. Niecałe dwadzieścia metrów ode mnie na drzewo wspinała się brązowa wiewiórka. Zmrużyłam oczy niezadowolona, że moją ofiarą będzie zwierzę, od którego niegdyś przezywał mnie Draco.
Zostawiłam kopertę, która unosiła się w powietrzu zupełnie jak myśloodsiewnica.
Różdżkę skierowałam do góry, na małe, bezbronne zwierzątko.
- Crucjo.- powiedziałam, a wiewiórka bezwładnie spadła na śnieg, popiskując.- Sectumsempra.- rzuciłam następne, aby zdobyć krew. Podeszłam bliżej i wierzchem dłoni starłam łzę, która popłynęła na skutek słuchania dźwięków cierpienia niewinnej istoty.- Avada Kedavra.- szepnęłam i jakiekolwiek odgłosy przestały być wydawane.
Ukucnęłam, wzięłam na dwa palce świeżą, gorącą krew i podeszłam do koperty, brzydząc się sama siebie i tego, do czego jestem zmuszona.
Otarłam palce o kopertę, zostawiając na niej ślady. Maź od razu się wchłonęła. Oczyściłam palce zaklęciem.
Na „liście” pojawiła się następna wiadomość.

Czyżbym zapomniał dodać „ludzką”, panno Ringroyal…?

Niemal usłyszałam jego jadowity śmiech. Poczułam dreszcze na własnej skórze.
Tej nocy musiał ktoś zginąć.
Cofnęłam się do punktu aportacyjnego. Koperta już nie raziła prądem, więc włożyłam ją do kieszeni.

- Szlak by to trafił!!!- zaklęłam w duchu.- Dwa Niewybaczalne i wszystko na marne!!- krzyczałam w wyłączonych myślach, do których nikt nie miał dostępu.

Zaczęło się ściemniać. Po godzinie mojej wędrówki w kierunku Hogsmeade było już całkowicie ciemno i tak naprawdę to już nie wiedziałam, gdzie idę. Miałam tylko nadzieję, że nie w głąb Zakazanego Lasu.
- Lumos.- oświeciłam sobie drogę, a drzewa zaczęły wyglądać mniej strasznie.- Wskaż mi: Hogsmeade.- rzuciłam kolejne zaklęcie, a różdżka obróciła się o paręnaście stopni na lewo.
Szłam co raz szybciej, tym razem we wskazanym mi kierunku. Chłód był potężniejszy z każdą sekundą.
W sumie, nie zadawałam sobie sprawy z tego, która godzina. Jednak ciągnęło się to w nieskończoność.
Sięgnęłam po jakąś wystającą spod śniegu gałąź.
- Icendio!- podpaliłam ją na samym czubku tak, że ogień się nie rozprzestrzeniał.
Opuściłam różdżkę. Ogień zarówno oświecał drogę, jak i ogrzewał, przynajmniej trochę.
Czułam, jak ktoś dobija się do moich myśli i wiedziałam, że to profesor Snape. Zignorowałam go. Nie mogłam się odezwać. Nie mógł wiedzieć, gdzie jestem i co zamierzam. Jeszcze nie.
Po następnych kilkudziesięciu minutach ignorowania Mistrza Eliksirów i wędrówce, mrożącej moje stopy i palce, zobaczyłam światła wioski. Byłam na jej skraju. W dzielnicach mieszkalnych. Znajdował się tam tylko jeden sklep- u Derwisza i Bangesa, gdzie można było kupić różne ingrediencje.
Każdy mógł mnie zobaczyć, a uczniowie Hogwartu rzadko zapuszczają się w te strony Hogsmeade. Już nie mówiąc o tym, że byłam sama, był środek tygodnia i, jak już zdążyłam się zorientować, dochodziła dziewiąta wieczorem.
Do głowy szybko przyszedł mi pewien pomysł.
Zgasiłam gałąź, dzięki której nawet nieźle się ogrzałam i wyszłam na główną drogę, kierując się w stronę mieszkalną.
W domkach paliły się światła. Na ulicach było już naprawdę niewiele ludzi. Niektórzy z nich żywo komentowali nadchodzące święta. Parę osób zauważyło mnie i moją ślizgońską szatę. Słyszałam ich myśli: „   To oni mogą tu przychodzić tak późno? / Jej jeszcze nie znam? / Czego tu ta Ślizgonka? / To nie jest ta młoda Ringroyal’ów? / Całkiem niezły wężyk…” i tak dalej. Posiadając umiejętność legilimencji można było usłyszeć bardzo, bardzo dużo.
Uśmiechnęłam się złowieszczo.
Nie czekając ani chwili podeszłam do jakiejś kobiety. Była w średnim wieku, ale jej twarz nie była jeszcze zniszczona. Musiała być przynajmniej półkrwi, bo wyglądała zdecydowanie na młodszą niż w rzeczywistości była.
- Dobry wieczór.- powitałam ją.
- Dobry wieczór, dziecko. Co uczennica Hogwartu robi tu o takiej porze?- zapytała całkiem miłym głosem. Z jej wspomnień wyczytałam, że również uczyła się w Hogwardzie. Należała kiedyś do Hufflepuff’u.
- Nic, o co powinna pani pytać.- odpowiedziałam chłodno.- Proszę użyczyć mi swojego włosa.
Kobieta zrobiła wielkie oczy. Wokół nas nikogo nie było. Stałyśmy obok ciemnego zaułka w świetle jednej latarni.
- Nox Maxima.- szepnęłam, kierując różdżkę w stronę jedynego źródła światła. W tym czasie ona, wyczuwając niebezpieczeństwo, wyciągnęła swoją.- Expelliarmus!- wykrzyknęłam, a jej różdżka wypadła z jej rąk i odleciała daleko do tyłu.
- Czego ty ode mnie chcesz!?- krzyknęła słabym głosem i w jej oczach zobaczyłam przerażenie. Cofnęła się do tyłu i wyciągnęła ręce w geście obronnym.
- Expulso!- odrzuciłam ją do tyłu. Leżała teraz na śniegu w ciemnej, ślepej uliczce.
Podeszłam do niej i wyrwałam włos. Wyjęłam Eliksir Wielosokowy i dodałam do niego blond- włos kobiety. Wypiłam zawartość fiolki, gdy przereagowała z nowododanym składnikiem. Stałam się osobą identyczną, co tamta była Puchonka.
Weszłam w jej myśli. Szukałam jakichś wrogów. Znalazłam szybko.
- Obliviate!- rzuciłam na nią zaklęcie zapomnienia i zniknęłam za rogiem zanim zdążyła się wybudzić z transu.
Zmierzałam do domu jej byłego męża, którego nakryła w łóżku pół roku temu z o połowę młodszą blondynką. Rozwiedli się, gdy okazało się, że kochanka jest z nim w ciąży.
Była to jedna z ostatnich chałupek w wiosce. Dookoła było już całkowicie ciemno. Mieszkańcy kończyli swoje życie tamtego dnia, aby przygotować się na następny.
Zapukałam trzy razy. W drzwiach od razu pojawił się mężczyzna, o którego mi chodziło. Wyglądał na zaskoczonego przybyciem byłej żony.
- Co ty tu robisz, Anresto?- zapytał.
- Jesteś sam?- odpowiedziałam szybko.
- Proszę, wejdź.- niepewnie zaprosił mnie do środka.
Z myśli tamtej kobiety wyczytałam, że mężczyzna był szlamą. Czarnemu Panu to by się spodobało.
Był sam.
Zaprowadził mnie do salonu. Usiadł w fotelu i gestem poprosił o uczynienie tego samego.
- Co cię zmusiło do przyjścia tutaj, Arnesto?
- Muszę cię zabić.- wyszeptałam.
Faceta wbiło w fotel. W jego twarzy nie widziałam zaskoczenia. Sięgnął ręką do stolika i pochwycił różdżkę, jednak ja byłam szybsza.
- Expelliarmus!- przechwyciłam jego różdżkę. Mimo iż był starszy, jako szlama był ode mnie słabszy.
- Oszalałaś, kobieto!!!- wrzasnął.
- Sectumsempra!- potraktowałam go zaklęciem, dzięki któremu bez problemu mogłam później zdobyć krew.- Osobiście nic do ciebie nie mam, Fredericku.- przekręciłam głowę.- To będzie tylko ułamek sekundy.
Rzeczywiście spojrzał na mnie z niemym błaganiem o śmierć. Głębokie cięcia, jakie mu zadałam były głębsze o tych, jakie zaplanowałam.
- Avada Kedavra!- zabiłam go, wystrzeliwując z różdżki zielone światełko.
Wzięłam z niego świeżo umarłą krew i naniosłam ją na kopertę.

Wracaj do Hogwartu. Następne zadanie dostaniesz za parę dni. Severus powinien się o tym dowiedzieć.

- Lord Voldemord


Taka była treść listu, który wyjęłam z koperty, która otworzyła się, gdy tylko przeciągnęłam czerwonym palcem po jej kancie.
Wyszłam z domu, uważając, żeby nikt mnie nie zauważył. Wypiłam antidotum i od razu stałam się sobą. List miałam głęboko schowany w kieszeni. Rzuciłam po drodze parę innych zaklęć, żeby te śmiertelne nie było ostatnim. Kierowałam się do sklepu z ingrediencjami. Byłam w nim już po pięciu minutach. Na piętnaście minut przed zamknięciem.
- Dobry wieczór.- powiedziałam, próbując przywdziać inny wyraz twarzy niż „właśnie zabiłam bezbronną szlamę”, nie dając po sobie poznać, co naprawdę czułam.
- Dobry wieczór, panienko.- uśmiechnął się sprzedawca.- Nie wiedziałem, że uczniowie mogą tak późno przebywać poza Hogwartem.
- Jestem tu na polecenie Mistrza Eliksirów, profesora Severusa Snape’a.- skłamałam spokojnym głosem.
- W takim razie, co podać?- wydawał się być przekonany.
Podałam mu listę co najmniej trzydziestu różnych składników do eliksirów, co dawało mi dwadzieścia minut czekania. I czas na wymyślenie, co dalej…

- Profesorze?- zawołałam go w myślach.
Nie minęła dłuższa chwila, a już mi odpowiedział.
- Claudia, cholera jasne, gdzie ty  jesteś?!!!- był okropnie wściekły.
- Potrzebuję pańskiej pomocy, profesorze.- wyszeptałam cicho, szczerze wątpiąc, że się zgodzi.
Pewnie dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie kolejne pytanie.
- Gdzie jesteś?
- W Hogsmeade. U Derwisza i Bangesa. Robię duuuuże zakupy.- wytłumaczyłam, podkreślając epitet.
- Za minutę jestem.

Ucieszyłam się, że wreszcie go zobaczę. I jeszcze bardziej, że Czarny Pan pozwolił mi opowiedzieć mu wszystko, co się stało.
Sprzedawca wychylił się do mnie zza drzwi składzika.
- Panienka wpisała na listę piołun dwa razy. Ma być podwójnie?
- Och to moje roztargnienie…- udałam szczery śmiech.- Jeden raz wystarczy.
Mężczyzna znów zniknął w kantorku. Słyszałam przesuwane buteleczki.
Zadzwonił dzwonek i poczułam chłód na nogach. Odwróciłam się zaciekawiona, a w drzwiach nie stał nikt inny niż profesor Severus Snape.
Oczy rozbłysły mi radością.
- Profesorze…- wyszeptałam ledwo słyszalnie i dosłownie rzuciłam się mu na szyję.
Przez chwilę stał sparaliżowany, jednak po chwili poczułam jego dłoń na swoich plecach w geście lekkiej troski.
- Jesteś zimna jak lód, panno Ringroyal.- powiedział całkiem poważnie i odsunął mnie od siebie, słysząc kroki pana Derwisza.
Poczułam się… cóż, nie ma innego słowa, żeby nazwać to jak się czułam niż… hmmm… odrzucona…?
- Panie Snape, dobry wieczór.- odezwał się Derwisz.- Przyznam, że widok uczennicy samotnie spacerującej po Hogsmeade wydał mi się podejrzany, ale teraz widzę, że jest ze swoim profesorem…
- Opiekunem.- poprawił go mój Mistrz.- Panna Ringroyal jest uczennicą Slytherinu.- spojrzał na sprzedawcę mrożącym wzrokiem.- I istotnie, nie pozwoliłbym mojej podopiecznej na samotne spacery w środku nocy.- mówił przekonująco swoim hipnotyzującym i spokojnym głosem.
Snape spojrzał na mnie sugestywnie.
Zarumieniłam się ze wstydu.
- Cóż, zapewne…- mówił mężczyzna.- Rachunek wypisać na szkołę?- zapytał, kończąc pakować składniki do siatki i papierowych torebeczkach.
- Owszem.- potwierdził mój nauczyciel i spojrzał na kominek.- Oczywiście, sieć Fiuu jest otwarta…
- Tak, tak.- odrzekł szybko Derwisz.- Zawsze otwarta dla klientów… Proszę.- podał nam zakupy i rachunek do opłacenia w ciągu tygodnia.
Snape mruknął coś niezrozumiałego, wziął pakunki i podszedł do kominka. Byłam tuż za nim. Złapał mnie lekko za nadgarstek, wziął trochę proszku Fiuu z miseczki, rozsypał go.
- Hogwart, komnaty Mistrza Eliksirów. Hasło: zawsze, choć nie zawsze, bo bardzo często.- wypowiedział cel naszej podróży i oboje zniknęliśmy w zielonych płomieniach.
Wyszliśmy z kominka w salonie profesora Snape’a. Mój nauczyciel rzucił niedbale zakupy na jeden z foteli i powrócił, by zamknąć swoją sieć Fiuu. Po wszystkich tych czynnościach spojrzał na mnie wściekle.
Spuściłam wzrok.
- Nawet nie mogę na ciebie nawrzeszczeć, bo sam kazałem ci nikomu nie mówić o swoich Zadaniach.- warknął, złapał moje ramiona mocno i mną potrząsnął.- Claudia, spójrz na mnie!
Uniosłam nieśmiało wzrok. Czułam, że wreszcie jestem na swoim miejscu. Gdzieś, gdzie czułam się bezpiecznie. Niebezpiecznie, za bardzo bezpiecznie.
Sięgnęłam do kieszeni, z której wyciągnęłam kopertę i podałam mu ją bez słowa.
Otworzył ją zanim zdążyłam mrugnąć i zadziwiająco szybko odrzucił ją do kominka, w którym jednym szybkim Incendio rozpalił ogień.
Wyraz jego twarzy złagodniał, gdy dowiedział się, że wszystko jest mu wolno wiedzieć.
Złapał mnie za podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. W czarny ocean.
Otworzyłam przed nim całkowicie swój umysł. Wędrował po wszystkich poziomach. Zobaczył wszystko, co dzisiaj się wydarzyło. Wszystko, czego nie powinien był zobaczyć, a co tak bardzo chciałam mu pokazać. Nie miałam siły siedzieć w tym sama. I za nic innego nie byłam Czarnemu Panu wdzięczna jak za to, że udzielił mi przyzwolenia. To krótkie zdanie przyzwolenia sprawiło, że w pewnej części to, co wcześniej mi zrobił, przestało mieć znaczenie. Teraz liczyła się tylko ta relacja między mną i profesorem. On, wpatrujący się z napięciem w moje zielone oczy, z których wypływały krokodyle łzy.
Nie wiedziałam, kiedy puścił moją brodę i przyciskał mnie do siebie z całej siły, nie zaprzestając penetracji mojego umysłu.
Zobaczył te wspomnienia przynajmniej cztery razy, zanim odsunął się ode mnie.
- Już widzę stronę tytułową jutrzejszego Proroka Codziennego.- powiedział cicho, dokładając drewna do ognia.- „Morderstwo w Hogsmeade- zemsta żony na mężu”.- zaśmiał się cicho do siebie.- Wirgardium Leviosa.- przelewitował pod kominek drugi z foteli.- Usiądź.- polecił mi.- Jesteś okropnie zimna.- w jego głosie dało się usłyszeć nutki szczerej obawy i troski, które sprawiły, że nawet nie śmiałam rozważać jego propozycji- od razu zajęłam przygotowane przez niego miejsce.
Myślał przez chwilę, przyglądając się, jak przechodzą mnie dreszcze, gdy moja lodowata skóra zderza się z falą gorąca z kominka.
Podszedł do sofy, z której wziął polarowy, ciemnozielony koc i okrył mnie nim.
Wyszedł z salonu.
Rozmyślałam, czy zamierza mnie zostawić samą, czy może, przeciwnie, zostanie ze mną.
Jednak moje wahania nie trwały długo, bo już po chwili pojawił się ze szklanką, wypełnioną jakimiś płynami. Przytknął mi różdżkę do czoła wypowiedział zaklęcie sondujące stan zdrowia. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym moim ciele.
- Temperatura twojego ciała do 34, 1 stopni.- powiedział i przełknął ślinę, próbując grać spokojnego.- Wypij to.- podał mi szklankę z przeróżnymi specyfikami.
Zrobiłam, co mi kazał i już chwilę później w drzwiach stał skrzat z tacą z parującym jedzeniem. Snape odebrał ją od skrzata i położył mi na kolanach. Był to dość spory kawałek lasagne i herbata.
- Zdążyłem wyczytać z twoich wspomnień, że ostatnim, co jadłaś był obiad dziewięć godzin temu.- wytłumaczył.
Jakby w odpowiedzi na cudny zapach mój żołądek się skurczył i dał o sobie znać. Wcześniej nawet na myśl mi nie przyszło, że powinnam coś zjeść.
- Bardzo panu dziękuję, profesorze.-  wyszeptałam zaskoczona i przytłoczona jego dobrodusznością. Wzięłam widelec, nóż i ukroiłam sobie kawałek dania. Nie zwróciłam uwagi na to, że Mistrz zdążył już sobie przysunąć drugi fotel do kominka i siedział teraz obok mnie. Podniosłam kęs do ust, ale opuściłam szybko rękę.- Wie pan…- spojrzałam na niego tak nieśmiało, jak jeszcze nigdy.- Ja nie wiem, czym by się to skończyło, gdybym nie mogła panu pokazać tego wszystkiego.- szeptałam.
- Co masz na myśli?- spojrzał na mnie podejrzliwie.
Zarumieniłam się. Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi mówić Snape’owi o takich rzeczach. Bądź, co bądź, to zawsze było jakieś wyjście.
- Basen w Łazience Prefektów jest dość głęboki, a Zakazany Las wystarczająco duży…- szeptałam.- Wystarczy, że nie wezmę różdżki i…
- Czy ty próbujesz powiedzieć, że rozważasz samobójstwo?!- przerwał mi. Wiedziałam, że podniosło się mu ciśnienie.- Nie bez powodu wybrano właśnie ciebie!- krzyknął.- Uważano, że twój charakter jest wystarczająco mocny, żeby pokonać to wszystko.
Spojrzałam mu w oczy.
- Nie byłabym w stanie tego sobie zrobić.- powiedziałam.- Nie, dopóki jest osoba, której mogę powiedzieć o wszystkim.
- Masz na myśli mnie…- zamyślił się.- Czyli te insynuacje o domniemanych planach samobójstwa są czysto teoretycznym podliczeniem ilości sposobów na dokonanie wyżej wymienionego czynu?- uniósł brew.
- Tak, dopóki…- znów nie dane mi było skończyć.
- Dopóki będziesz mi mówić o wszystkim.- skończył za mnie. Zamrugał parę razu oczami. Nie przyuważyłam, kiedy znalazł się na samym skrawku fotela, poddając się emocjom.- Jedz, bo wystygnie.- zmienił temat i ponownie usiadł wygodnie.
Zajęłam się w końcu lasagne. Była wyśmienita. Na moje kubki smakowe na pewno działało to, że byłam przeraźliwie głodna i również to, że miałam towarzystwo. I to jakie… Sam Mistrz Eliksirów, profesor Severus Snape siedział obok mnie i obserwował każdy mój ruch ręką, palcem, czy ustami. Nasze umysły na powrót były odcięte, więc nie znałam jego myśli. I chociaż część mnie zastanawiała się, nad czym on tak intensywnie myśli, ta druga część, większa i posiadająca zdrowy rozsądek nie miała najmniejszej chęci przekonywania się o temacie jego rozważań.
Zerwał się nagle z fotela, wyszedł do sypialni i już kilka sekund później wracał z niej, trzymając w ręce małą kopertę i paczuszkę.
Podał mi ją i zabrał jednocześnie talerz i opróżniony kubek. Oddał go wezwanemu uprzednio skrzatowi.
Znów zasiadł w fotelu, a ja przyglądałam się paczce ze zdumieniem. O co chodziło…?
- Profesor Dumbledore wyjechał dziś po kolacji i nie będzie obecny do końca tygodnia. Kazał mi to tobie przekazać z wyrazami podziękowania i powinszowania.- wytłumaczył.- Proszę otworzyć.- przypatrywał mi się.
Otworzyłam kopertę i wyjęłam list.

Droga Claudio,

Pragnąłem dać ci to osobiście, jednak zostałem zmuszony do wyjazdu. Dość nagłego, nie urywam. Mam nadziej, że Severus przekaże ci również upominek, który dołączam do moich życzeń urodzinowych. Gratuluję, jesteś już pełnoletnią uczennicą Domu Węża i spełniasz swoje marzenia. Czegóż mogę ci życzyć, zatem…? Bezpieczeństwa. Zdecydowanie życzę ci bezpieczeństwa. Myślę, że mój podarek jasno wyrazi moje drugie życzenie. Jesteś najwybitniejszą czarownicą, jaką dane mi było spotkać w mojej niekrótkiej karierze profesorskiej.  Dalszych sukcesów w nauce życzyć nie będę, bo oznaczałoby to, że musiałbym zatrudnić cię na miejsce wszystkich pozostałych profesorów. Osiągniesz to, co chcesz, bo taka jesteś.
Krócej, na zakończenie, wszystkiego najlepszego, panno Ringroyal.

Z wyrazami szacunku,
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwardzie
Profesor Albus Dumbledore


Zaskoczona uświadomiłam sobie, że mam dzisiaj osiemnaste urodziny.
Spojrzałam na profesora Snape’a, który zdawał się zauważyć, że zapomniałam o swoich najważniejszych urodzinach w życiu i z rozbawieniem wyczekiwał, aż otworzę podarunek. Ciekawski to on jednak był.
Rozerwałam ciemnozielony papier, przewiązany srebrną wstążką i moim oczom ukazało się pudełeczko. Otworzyłam je.
W środku był naszyjnik z białego złota, w kształcie serca i mała notka.

Jeżeli znajdziesz się blisko osoby, którą darzysz uczuciem, naszyjnik rozgrzeje się, a na nim zostanie wypisane imię ukochanej osoby.

Wzięłam serce w dłoń, ale było ono gorące, przez co wypuściłam je z rąk.
Spadło na ziemię.
Profesor schylił się i jednym szybkim ruchem podał mi je.
Trzymałam je za sam łańcuszek, a ono obracało się w świetle ognia.
Nagle zauważyłam, że coś na nim błysnęło. Zatrzymałam je, aby się nie ruszało i przybliżyłam je do oczy, aby zobaczyć napis. Snape razem ze mną próbował odczytać napis z serca. Chyba z czystej ciekawości, bo wiadomo było, że imię będzie należało do osoby, którą kocham. Tak naprawdę chciałam być w tej chwili chciałam być sama. Wiedziałam, co się ukaże, ale nie mogłam się nigdzie ukryć.
Napis zabłysł jeszcze bardziej.
Zarumieniłam się najbardziej w całym swoim życiu. Właściwie, byłam cała pokryta purpurą.
Oboje zobaczyliśmy mały napis na sercu.

Severus

Snape znieruchomiał, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Spojrzałam na niego nieśmiało, oczekując jakiejś reakcji.
Patrzył na mnie uważnie. Tym samym, twardym wyrazem twarzy, jednak w jego oczach coś się zmieniło.
- Chciał pan znać prawdę?- wyszeptałam bliska płaczu.- Za ciekawstwo trzeba płacić.
Podniosłam się z fotela i ruszyłam w stronę drzwi, aby jak najszybciej znaleźć się w samotności, z dala od mojego Severusa.
Nie zdążyłam jednak przekroczyć progu sypialni- laboratorium, bo zatrzasnął zaklęciem drzwi. Byłam uwięziona.
Spojrzałam przez łzy w jego oczy.


[*] Opieka Nad Magicznymi Zwierzętami