piątek, 14 grudnia 2012

Pokonani - 15. Morderstwo w Hogsmeade


15. Morderstwo w Hogsmeade


Najdroższa Claudio,

Myślę o Tobie całymi dniami. Z upragnieniem czekałem na list od Ciebie, który dostarczono mi wczorajszego wieczoru. Tu panuje zasada, że można odpisywać na listy, ale nie pisać ich pierwszemu. Oto i powód, dla którego nie mogę napisać do ojca. Przekaż mu to, gdyby chciał wiedzieć.
List pisałaś dwa tygodnie temu. Mówiłaś w nim, że Czarny Pan kazał ci zabijać. Przekaż podziękowania Snape’owi, który obronił cię przed tym mężczyzną, który cię dusił. Zabiłbym go, gdyby on jeszcze żył…
Dostaniesz moje wiadomości prawdopodobnie również za dwa tygodnie, więc pragnę. Ci życzyć Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego. Prezenty pragnę  wręczyć Ci osobiście. Nie wiem, czy zostajesz w Hogwardzie, czy nie. Nie wspomniałaś o tym.
Snape zaczął cię nazywać panną Ringroyal?! Na świętą różdżkę Slazara! Co mu się przyśniło po sześciu i pół roku!? A tak… mówiłaś, że „grzecznie przekonał” innych do nazywania Cię tak i „nienatarczywie poprawiał” każdego, kto zrobił inaczej. Mało się nie roześmieję… W sumie, może to i dobrze, że w końcu będziesz prawowicie nazywana…
Narobiłaś w Hogwardzie tyle zamieszania przez ostatni miesiąc! Nie wiem, czy Stary Ci to wybaczy… (Uśmiecham się… I natychmiast przestaję, bo Blaise dziwnie się na mnie patrzy…).
Mówiłaś, że następne spotkanie jest po Świętach, po Nowym Roku… Nie wiem, czy uda mi się przybyć, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Jeszcze raz Wesołych Świąt, moja urocza Ślizgonko. Kocham Cię.

Draco Malfoy

PS. Wydaje mi się, że polubiłaś ten szlaban ze Snape’m, co? (Znów ten wzrok Blaisa, lepiej skończę.).




List dostałam na śniadaniu podczas żywej rozmowy z profesorem Snape’m. Rzeczywiście wysyłałam do Draco sowę w ostatnim tygodniu listopada, a odpowiedź przyszła w drugim tygodniu grudnia. Tak… była już połowa ostatniego miesiąca roku. Nie wiedziałam, kiedy to zleciało…
Snape również czytał ten list. Nieoficjalnie, oczywiście, ale gdy unosiłam pergamin na wysokość swoich oczu czułam na nim również wzrok profesora.
- Zrobiłaś już listę wyjeżdżających i zostających?- zapytał całkiem naturalnie.
- Tak. Oddałam ją dyrektorowi w tamtym tygodniu.- odpowiedziałam spokojnie i przygryzłam tost.
Od czasu, gdy Snape pokazał mi swoje wspomnienia rozmawialiśmy znacznie częściej i Snape mówił mi o wszystkim bez ograniczeń, w końcu już i tak psychicznie czułam się Śmierciożerczynią. Otrzymanie Mrocznego Znaku i zajęcie się właściwą inwigilacją było tylko kwestią czasu.
Obrazy, które Mistrz Eliksirów pokazał mi tamtego dnia mówiły ni mniej ni więcej niż, że podziwiał mnie od samego początku, że od pierwszego spotkania, choć nieosobistego, wiedział, że zdobędę sobą Hogwart. Widomość, że już w wieku dwunastu lat byłam najlepszą kandydatką na żonę Draco z jednej strony trochę mnie przerażała, ale z drugiej sprawiała, że czułam się dumna.
- Claudio, chciałbym, żebyś zaczęła dzisiaj przygotowywać Veritaserum.- powiedział między łykami kawy.
Zmartwiłam się trochę.
- A nie mogłabym…- zaczęłam, ale nie skończyłam.
- Czego by pani nie mogła, panno Ringroyal?- zapytał stanowczo unosząc brew. Uśmiechnął się.
- Chodzi o to, profesorze, że ten eliksir warzy się miesiąc, a zbliżają Święta i…- nie dokończyłam. Przerwał mi.
- Chciałabyś wrócić do domu na Święta?- kontynuował opanowany.
- Myślałam, że to oczywiste…- wyszeptałam trochę zasmucona.
Zasmucona, bo dotarło do mnie, że zostaję w Hogwardzie. Trochę, bo wiedziałam, że profesor Snape też zostaje.
- Musisz zmienić swoje plany.- odparł bezuczuciowo.- Ale nie wydajesz się załamana.- przyjrzał mi się uważał i uśmiechnął przyjaźnie.
- Przynajmniej nie będę sama.- odpowiedziałam zarumieniona, po czym wstałam od stołu.- Do zobaczenia na zajęciach po obiedzie.- powiedziałam i skierowałam się ku wyjściu z  Wielkiej Sali.
Szłam do swojego dormitorium po książki.
Od tygodnia uczestniczyłam w lekcjach jako uczeń. Razem z czarodziejami z Wymiany. Nasze stosunki znacznie się polepszyły. Ja postarałam się spędzać z nimi więcej czasu, a oni nie popadać w konflikty ze Ślizgonami. Wiedzieli, że i tak byliby na straconej pozycji.
Poszłam pod gabinet profesor McGonagall. Zaczynaliśmy podwójną Transmutacją. Potem ja i paru innych uczniów mieliśmy podwójną Numerologię, a reszta szła na ONMZ[*], po której mieli godzinną przerwę. Następnie udaliśmy się na obiad do Wielkiej Sali, gdzie usiadłam przy stole Slytherinu.
- Jak tam, Claudia?- zagaił Dave.- Wytrzymujesz za szlamami całe dnie?
Zaśmiałam się.
- Nie wszyscy z nich to szlamy.- odpowiedziałam spokojnie. Claudius i David wymienili spojrzenia.
- Od kiedy to stoisz po ich stronie, co?- zapytała się Julce.
Parsknęłam śmiechem.
- Nie no, teraz przesadziliście, darmozjady!- zaśmiałam się.- Po prostu stwierdziłam fakt. A po za tym, moim zadaniem jest się nimi „opiekować”. Gdybym przeszła na ich stronę, nie siedziałabym teraz z wami.
David się uśmiechnął i objął mnie pocieszająco.
- Mam nadzieję, że żaden cię nie zarazi…- szepnął cicho.
- Odwal się!- udałam wściekłą i naburmuszoną.
Wszyscy jednocześnie się zaśmialiśmy.
Wyszłam z obiadu trochę wcześniej. Na posiłku nie było profesora Snape’a, więc domyślałam się, że jest w Eliksirowni, gdzie od razu się skierowałam.
Weszłam do środka. W Sali byli jeszcze uczniowie trzeciego roku. Kończyli robić jakiś eliksir. Profesor nie siedział za biurkiem, prawdopodobnie był w kantorku.
Weszłam na podwyższenie i skierowałam się do lekko uchylonych drzwi.
Gdy je otworzyłam szerzej, przekonałam się, że Snape nie był tam sam.
Długowłosy blondyn wciągnął mnie za rękę do środka i ponownie zamknął drzwi.
- Silencio!- wyszeptał zaklęcie wyciszające.
- Dzień dobry, panie Malfoy.- skinęłam głową.- Profesorze, jestem gotowa do lekcji. Proszę powiedzieć, co mam robić i nie będę już przeszkadzać.- powiedziałam.
Malfoy uśmiechnął się w odpowiedzi na moje przywitanie.
- Panno Ringroyal, ma pani doskonałe wyczucie czasu. Severus właśnie miał cię wołać.- powiedział ojciec Draco.
Snape wyglądał niewyraźnie. Opierał się rękoma o krzesło, jakby miał zamiar się przewrócić.
- Profesorze, wszystko z panem w porządku?- zapytałam cicho i dotknęłam lekko jego przedramienia. Przeszedł go dreszcz.
Zaśmiał się gorzko.
- Ze mną jak na razie tak…- odpowiedział Snape.- Voldemort wyznaczył ci zadanie, Claudio.- trudno było stwierdzić, czy był to syk, czy szept. Ale na pewno był przerażony.
- Co to takiego, profesorze?- spytałam, czując jak tracę grunt pod nogami, słysząc Jego imię.
Położył mi rękę na ramieniu. Zdziwił mnie ten gest. Chciał mnie podtrzymać na duchu.
- Zostawię was, moi drodzy. Jestem w środku spotkania.- powiedział Malfoy.- Ministerstwo popełnia co raz więcej głupstw, za które to my będziemy płacić.- pokręcił z irytacją głową.- Muszę dopilnować tej hołoty…- uaktywnił Świstoklika i aportował się Merlin jeden wie, gdzie.
Mój niepokój rósł.
- Profesorze… proszę powiedzieć, co to jest…- szeptałam.
- Ależ ja nie mam pojęcia, Claudio…- powiedział szczerze.- Ta informacja znajduje się w tym liście, tak przepełnionym czarną magią, że nie mógł być przechowywany w listowni. Musiałem sprawdzić, co jest powodem zaburzenia harmonii w sowiarni i okazała się nim być ta niepozorna, czarna koperta…- spojrzał na stolik.
Wzięłam ją do ręki, ale od razu upuściłam go na podłogę, gdyż poraziła mnie prądem.
Spojrzałam pytająco na profesora.
- Jesteś jedyną osobą, która może ją otworzyć, Claudio.
Wyszedł z kantorka, by zakończyć lekcje.
- Aperacjum!- wycelowałam różdżką w kopertę.
Od razu pojawił się napis.

Nakarm mnie świeżo- umarłą krwią…

Odskoczyłam odruchowo, gdy zrozumiałam, co mam zrobić.

„Najpierw będzie to kilka zadań, o których nikomu nie będziesz mogła powiedzieć. Nawet nam, nawet Draco. Będziesz musiała je wykonać i nie będzie to istotne, czego sobie zażyczy.”.

Momentalnie przypomniały mi się słowa Lucjusza Malfoya.
Tak… gra się właśnie rozpoczęła…

Różdżką zapisałam na ścianie kantorka widomość dla Snape’a, że muszę coś załatwić i nie będzie mnie na Eliksirach. Byłam pewna, że zrozumie aluzję.
Podeszłam do szafy z gotowymi eliksirami. Wodziłam chwilę palcem, szukając odpowiedniego. Nie wiedziałam, czy mi się przyda, ale wolałam go wziąć, niż później rozmyślać, jak bardzo by mi się przydał. Eliksir Wielosokowy. Włożyłam fiolkę do kieszeni. Zaraz obok niej wylądowała następna, fioletowa z antidotum.
Aportowałam się, trzymając list w powietrzu, dzięki magii ręcznej. Gdy byłam z dala od budynku szkoły, zagłębiłam się w Zakazany Las w poszukiwaniu żywej istoty do zabicia.




Cholerny list!!! Naprawdę sądziłem, że dostanie go trochę później.
Gdy wszedłem do klasy z kantorka wszystkie oczy uczniów były skierowane na mnie.
- Na co się gapicie?!!!- wrzasnąłem i usiadłem za biurkiem.
Wpatrywałem się w każdego z osobna morderczym wzrokiem.
Jakaś dziewczyna spojrzała na mnie dziwnie. Przychuda szatynka z Ravenclaw. Jak się nazywała…? A po co, do cholery, miałbym się teraz nią przejmować, skoro moja praktykantka dostała wezwanie do stawienia czoła śmierci?!!! Zapewne…
- Dziesięć punktów od Ravenclaw za niezajmowanie się swoją pracą, panno Golthic.- usłyszałem swój głos.
Tak… to była siostra Davida Golthica z mojego Domu. Już wiedziałem, skąd znałem te oczy.
Odczekałem pięć minut, z których każda ciągnęła się w nieskończoność. Wreszcie nie wytrzymałem, poderwałem się z krzesła i skierowałem do kantorka. Parę długich kroków i byłem na miejscu.
W pomieszczeniu nie zastałem Claudii. Nie zauważyłem listu. Na ścianie zostawiła mi wiadomość.

Profesorze, proszę mnie nie szukać. Dostałam ZADANIE.

Wbiło mnie w ziemię. Myślałem przez chwilę.
Niech to szlak!
Złapałem oparcie krzesła tak mocno, że zbielały mi kłykcie. Moje oczy zapłonęły wściekłością. Nie umiałem dopuścić do siebie myśli, że ta niewinna dziewczyna musi teraz zrobić dla Niego wszystko. Nie mogłem też pogodzić się z tym, że już nigdy miałbym nie usłyszeć jej głosu, poczuć jej zapachu. Że nie porozmawiałaby już ze mną na żaden inteligentny temat. Że z nikim by nie porozmawiała… na jakikolwiek temat…
Cholera jasna!!!
Rzuciłem krzesłem mocno o podłogę. Dwie nogi, oderwane pod wpływem uderzenia, poleciały w różne strony. Cieszyłem się, że pomieszczenie te zostało wcześniej wyciszone.
Nigdy wcześniej nie dałem upustu swojej złości. Taki spokojny… chłodny… niedostępny…
Niedostępny. A, gdy już kogoś do siebie dopuściłem, zrozumiałem, że zaraz mogę go stracić.

- Jeżeli ona nie wróci, Severusie.- mówiły do mnie myśli.- Przyrzeknij, że nikt nie stanie się dla ciebie tak ważny jak ona.


- Przyrzekam.- odpowiedziałem cicho na głos, wiedząc już, że mówienie do siebie to już część mojego życia po trzydziestce.- Zaraz, zaraz…- zastanowiłem się.- Ważny…?- wyszeptałem tak cicho, że sam siebie ledwo co słyszałem.- Ona nie może być…- zakryłem usta swoją dłonią, a potem w już całkowicie typowej jak dla mnie pozie wróciłem do klasy i opadłem na krzesło za biurkiem.

…ważna…





Znalazłam się w punkcie aportacyjnym, gdzieś w środku Zakazanego Lasu.
Wsłuchiwałam się w jego ciszę. Nie było słychać żadnych odgłosów. Dosłownie nic. Żadnych łamanych gałęzi, czy szumu drzew. Nie przewidziałam, że będę musiała wychodzić na dwór, gdy zmierzałam do Sali Eliksirów i teraz żałowałam, że miałam na sobie tylko bluzkę, sweter i szaty. Było cholernie zimno. Śnieg leżał wszędzie, a co najgorsze, przeczuwałam, że zbliża się burza śnieżna.
Zablokowałam swoje myśli. Nikt nie mógł w nie wniknąć. Kontrolowałam sytuację.
Za pomocą różdżki unosiłam list w powietrzu, nie mając najmniejszej ochoty na kolejne porażenie prądem.
Musiałam znaleźć jakieś zwierze i je zabić. W lesie to nie takie trudne, jeżeli tylko nie jest grudzień. A ten, owszem, trwał i była jego połowa.
Przytrzymałam list w powietrzu używając drugiej ręki, aby mieć wolną różdżkę. Magia ręczna wychodziła mi co raz lepiej.
- Protego Horriblis.- szeptałam zaklęcie ochronne, zataczając okręg wokół siebie, który przesuwał się razem ze mną. Dzięki niemu byłam bezpieczna. Przynajmniej teoretycznie.
Następnie użyłam zaklęcia wyostrzającego słuch i niemal natychmiast doszedł mnie dźwięk chrobotania i drapania. Niecałe dwadzieścia metrów ode mnie na drzewo wspinała się brązowa wiewiórka. Zmrużyłam oczy niezadowolona, że moją ofiarą będzie zwierzę, od którego niegdyś przezywał mnie Draco.
Zostawiłam kopertę, która unosiła się w powietrzu zupełnie jak myśloodsiewnica.
Różdżkę skierowałam do góry, na małe, bezbronne zwierzątko.
- Crucjo.- powiedziałam, a wiewiórka bezwładnie spadła na śnieg, popiskując.- Sectumsempra.- rzuciłam następne, aby zdobyć krew. Podeszłam bliżej i wierzchem dłoni starłam łzę, która popłynęła na skutek słuchania dźwięków cierpienia niewinnej istoty.- Avada Kedavra.- szepnęłam i jakiekolwiek odgłosy przestały być wydawane.
Ukucnęłam, wzięłam na dwa palce świeżą, gorącą krew i podeszłam do koperty, brzydząc się sama siebie i tego, do czego jestem zmuszona.
Otarłam palce o kopertę, zostawiając na niej ślady. Maź od razu się wchłonęła. Oczyściłam palce zaklęciem.
Na „liście” pojawiła się następna wiadomość.

Czyżbym zapomniał dodać „ludzką”, panno Ringroyal…?

Niemal usłyszałam jego jadowity śmiech. Poczułam dreszcze na własnej skórze.
Tej nocy musiał ktoś zginąć.
Cofnęłam się do punktu aportacyjnego. Koperta już nie raziła prądem, więc włożyłam ją do kieszeni.

- Szlak by to trafił!!!- zaklęłam w duchu.- Dwa Niewybaczalne i wszystko na marne!!- krzyczałam w wyłączonych myślach, do których nikt nie miał dostępu.

Zaczęło się ściemniać. Po godzinie mojej wędrówki w kierunku Hogsmeade było już całkowicie ciemno i tak naprawdę to już nie wiedziałam, gdzie idę. Miałam tylko nadzieję, że nie w głąb Zakazanego Lasu.
- Lumos.- oświeciłam sobie drogę, a drzewa zaczęły wyglądać mniej strasznie.- Wskaż mi: Hogsmeade.- rzuciłam kolejne zaklęcie, a różdżka obróciła się o paręnaście stopni na lewo.
Szłam co raz szybciej, tym razem we wskazanym mi kierunku. Chłód był potężniejszy z każdą sekundą.
W sumie, nie zadawałam sobie sprawy z tego, która godzina. Jednak ciągnęło się to w nieskończoność.
Sięgnęłam po jakąś wystającą spod śniegu gałąź.
- Icendio!- podpaliłam ją na samym czubku tak, że ogień się nie rozprzestrzeniał.
Opuściłam różdżkę. Ogień zarówno oświecał drogę, jak i ogrzewał, przynajmniej trochę.
Czułam, jak ktoś dobija się do moich myśli i wiedziałam, że to profesor Snape. Zignorowałam go. Nie mogłam się odezwać. Nie mógł wiedzieć, gdzie jestem i co zamierzam. Jeszcze nie.
Po następnych kilkudziesięciu minutach ignorowania Mistrza Eliksirów i wędrówce, mrożącej moje stopy i palce, zobaczyłam światła wioski. Byłam na jej skraju. W dzielnicach mieszkalnych. Znajdował się tam tylko jeden sklep- u Derwisza i Bangesa, gdzie można było kupić różne ingrediencje.
Każdy mógł mnie zobaczyć, a uczniowie Hogwartu rzadko zapuszczają się w te strony Hogsmeade. Już nie mówiąc o tym, że byłam sama, był środek tygodnia i, jak już zdążyłam się zorientować, dochodziła dziewiąta wieczorem.
Do głowy szybko przyszedł mi pewien pomysł.
Zgasiłam gałąź, dzięki której nawet nieźle się ogrzałam i wyszłam na główną drogę, kierując się w stronę mieszkalną.
W domkach paliły się światła. Na ulicach było już naprawdę niewiele ludzi. Niektórzy z nich żywo komentowali nadchodzące święta. Parę osób zauważyło mnie i moją ślizgońską szatę. Słyszałam ich myśli: „   To oni mogą tu przychodzić tak późno? / Jej jeszcze nie znam? / Czego tu ta Ślizgonka? / To nie jest ta młoda Ringroyal’ów? / Całkiem niezły wężyk…” i tak dalej. Posiadając umiejętność legilimencji można było usłyszeć bardzo, bardzo dużo.
Uśmiechnęłam się złowieszczo.
Nie czekając ani chwili podeszłam do jakiejś kobiety. Była w średnim wieku, ale jej twarz nie była jeszcze zniszczona. Musiała być przynajmniej półkrwi, bo wyglądała zdecydowanie na młodszą niż w rzeczywistości była.
- Dobry wieczór.- powitałam ją.
- Dobry wieczór, dziecko. Co uczennica Hogwartu robi tu o takiej porze?- zapytała całkiem miłym głosem. Z jej wspomnień wyczytałam, że również uczyła się w Hogwardzie. Należała kiedyś do Hufflepuff’u.
- Nic, o co powinna pani pytać.- odpowiedziałam chłodno.- Proszę użyczyć mi swojego włosa.
Kobieta zrobiła wielkie oczy. Wokół nas nikogo nie było. Stałyśmy obok ciemnego zaułka w świetle jednej latarni.
- Nox Maxima.- szepnęłam, kierując różdżkę w stronę jedynego źródła światła. W tym czasie ona, wyczuwając niebezpieczeństwo, wyciągnęła swoją.- Expelliarmus!- wykrzyknęłam, a jej różdżka wypadła z jej rąk i odleciała daleko do tyłu.
- Czego ty ode mnie chcesz!?- krzyknęła słabym głosem i w jej oczach zobaczyłam przerażenie. Cofnęła się do tyłu i wyciągnęła ręce w geście obronnym.
- Expulso!- odrzuciłam ją do tyłu. Leżała teraz na śniegu w ciemnej, ślepej uliczce.
Podeszłam do niej i wyrwałam włos. Wyjęłam Eliksir Wielosokowy i dodałam do niego blond- włos kobiety. Wypiłam zawartość fiolki, gdy przereagowała z nowododanym składnikiem. Stałam się osobą identyczną, co tamta była Puchonka.
Weszłam w jej myśli. Szukałam jakichś wrogów. Znalazłam szybko.
- Obliviate!- rzuciłam na nią zaklęcie zapomnienia i zniknęłam za rogiem zanim zdążyła się wybudzić z transu.
Zmierzałam do domu jej byłego męża, którego nakryła w łóżku pół roku temu z o połowę młodszą blondynką. Rozwiedli się, gdy okazało się, że kochanka jest z nim w ciąży.
Była to jedna z ostatnich chałupek w wiosce. Dookoła było już całkowicie ciemno. Mieszkańcy kończyli swoje życie tamtego dnia, aby przygotować się na następny.
Zapukałam trzy razy. W drzwiach od razu pojawił się mężczyzna, o którego mi chodziło. Wyglądał na zaskoczonego przybyciem byłej żony.
- Co ty tu robisz, Anresto?- zapytał.
- Jesteś sam?- odpowiedziałam szybko.
- Proszę, wejdź.- niepewnie zaprosił mnie do środka.
Z myśli tamtej kobiety wyczytałam, że mężczyzna był szlamą. Czarnemu Panu to by się spodobało.
Był sam.
Zaprowadził mnie do salonu. Usiadł w fotelu i gestem poprosił o uczynienie tego samego.
- Co cię zmusiło do przyjścia tutaj, Arnesto?
- Muszę cię zabić.- wyszeptałam.
Faceta wbiło w fotel. W jego twarzy nie widziałam zaskoczenia. Sięgnął ręką do stolika i pochwycił różdżkę, jednak ja byłam szybsza.
- Expelliarmus!- przechwyciłam jego różdżkę. Mimo iż był starszy, jako szlama był ode mnie słabszy.
- Oszalałaś, kobieto!!!- wrzasnął.
- Sectumsempra!- potraktowałam go zaklęciem, dzięki któremu bez problemu mogłam później zdobyć krew.- Osobiście nic do ciebie nie mam, Fredericku.- przekręciłam głowę.- To będzie tylko ułamek sekundy.
Rzeczywiście spojrzał na mnie z niemym błaganiem o śmierć. Głębokie cięcia, jakie mu zadałam były głębsze o tych, jakie zaplanowałam.
- Avada Kedavra!- zabiłam go, wystrzeliwując z różdżki zielone światełko.
Wzięłam z niego świeżo umarłą krew i naniosłam ją na kopertę.

Wracaj do Hogwartu. Następne zadanie dostaniesz za parę dni. Severus powinien się o tym dowiedzieć.

- Lord Voldemord


Taka była treść listu, który wyjęłam z koperty, która otworzyła się, gdy tylko przeciągnęłam czerwonym palcem po jej kancie.
Wyszłam z domu, uważając, żeby nikt mnie nie zauważył. Wypiłam antidotum i od razu stałam się sobą. List miałam głęboko schowany w kieszeni. Rzuciłam po drodze parę innych zaklęć, żeby te śmiertelne nie było ostatnim. Kierowałam się do sklepu z ingrediencjami. Byłam w nim już po pięciu minutach. Na piętnaście minut przed zamknięciem.
- Dobry wieczór.- powiedziałam, próbując przywdziać inny wyraz twarzy niż „właśnie zabiłam bezbronną szlamę”, nie dając po sobie poznać, co naprawdę czułam.
- Dobry wieczór, panienko.- uśmiechnął się sprzedawca.- Nie wiedziałem, że uczniowie mogą tak późno przebywać poza Hogwartem.
- Jestem tu na polecenie Mistrza Eliksirów, profesora Severusa Snape’a.- skłamałam spokojnym głosem.
- W takim razie, co podać?- wydawał się być przekonany.
Podałam mu listę co najmniej trzydziestu różnych składników do eliksirów, co dawało mi dwadzieścia minut czekania. I czas na wymyślenie, co dalej…

- Profesorze?- zawołałam go w myślach.
Nie minęła dłuższa chwila, a już mi odpowiedział.
- Claudia, cholera jasne, gdzie ty  jesteś?!!!- był okropnie wściekły.
- Potrzebuję pańskiej pomocy, profesorze.- wyszeptałam cicho, szczerze wątpiąc, że się zgodzi.
Pewnie dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie kolejne pytanie.
- Gdzie jesteś?
- W Hogsmeade. U Derwisza i Bangesa. Robię duuuuże zakupy.- wytłumaczyłam, podkreślając epitet.
- Za minutę jestem.

Ucieszyłam się, że wreszcie go zobaczę. I jeszcze bardziej, że Czarny Pan pozwolił mi opowiedzieć mu wszystko, co się stało.
Sprzedawca wychylił się do mnie zza drzwi składzika.
- Panienka wpisała na listę piołun dwa razy. Ma być podwójnie?
- Och to moje roztargnienie…- udałam szczery śmiech.- Jeden raz wystarczy.
Mężczyzna znów zniknął w kantorku. Słyszałam przesuwane buteleczki.
Zadzwonił dzwonek i poczułam chłód na nogach. Odwróciłam się zaciekawiona, a w drzwiach nie stał nikt inny niż profesor Severus Snape.
Oczy rozbłysły mi radością.
- Profesorze…- wyszeptałam ledwo słyszalnie i dosłownie rzuciłam się mu na szyję.
Przez chwilę stał sparaliżowany, jednak po chwili poczułam jego dłoń na swoich plecach w geście lekkiej troski.
- Jesteś zimna jak lód, panno Ringroyal.- powiedział całkiem poważnie i odsunął mnie od siebie, słysząc kroki pana Derwisza.
Poczułam się… cóż, nie ma innego słowa, żeby nazwać to jak się czułam niż… hmmm… odrzucona…?
- Panie Snape, dobry wieczór.- odezwał się Derwisz.- Przyznam, że widok uczennicy samotnie spacerującej po Hogsmeade wydał mi się podejrzany, ale teraz widzę, że jest ze swoim profesorem…
- Opiekunem.- poprawił go mój Mistrz.- Panna Ringroyal jest uczennicą Slytherinu.- spojrzał na sprzedawcę mrożącym wzrokiem.- I istotnie, nie pozwoliłbym mojej podopiecznej na samotne spacery w środku nocy.- mówił przekonująco swoim hipnotyzującym i spokojnym głosem.
Snape spojrzał na mnie sugestywnie.
Zarumieniłam się ze wstydu.
- Cóż, zapewne…- mówił mężczyzna.- Rachunek wypisać na szkołę?- zapytał, kończąc pakować składniki do siatki i papierowych torebeczkach.
- Owszem.- potwierdził mój nauczyciel i spojrzał na kominek.- Oczywiście, sieć Fiuu jest otwarta…
- Tak, tak.- odrzekł szybko Derwisz.- Zawsze otwarta dla klientów… Proszę.- podał nam zakupy i rachunek do opłacenia w ciągu tygodnia.
Snape mruknął coś niezrozumiałego, wziął pakunki i podszedł do kominka. Byłam tuż za nim. Złapał mnie lekko za nadgarstek, wziął trochę proszku Fiuu z miseczki, rozsypał go.
- Hogwart, komnaty Mistrza Eliksirów. Hasło: zawsze, choć nie zawsze, bo bardzo często.- wypowiedział cel naszej podróży i oboje zniknęliśmy w zielonych płomieniach.
Wyszliśmy z kominka w salonie profesora Snape’a. Mój nauczyciel rzucił niedbale zakupy na jeden z foteli i powrócił, by zamknąć swoją sieć Fiuu. Po wszystkich tych czynnościach spojrzał na mnie wściekle.
Spuściłam wzrok.
- Nawet nie mogę na ciebie nawrzeszczeć, bo sam kazałem ci nikomu nie mówić o swoich Zadaniach.- warknął, złapał moje ramiona mocno i mną potrząsnął.- Claudia, spójrz na mnie!
Uniosłam nieśmiało wzrok. Czułam, że wreszcie jestem na swoim miejscu. Gdzieś, gdzie czułam się bezpiecznie. Niebezpiecznie, za bardzo bezpiecznie.
Sięgnęłam do kieszeni, z której wyciągnęłam kopertę i podałam mu ją bez słowa.
Otworzył ją zanim zdążyłam mrugnąć i zadziwiająco szybko odrzucił ją do kominka, w którym jednym szybkim Incendio rozpalił ogień.
Wyraz jego twarzy złagodniał, gdy dowiedział się, że wszystko jest mu wolno wiedzieć.
Złapał mnie za podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. W czarny ocean.
Otworzyłam przed nim całkowicie swój umysł. Wędrował po wszystkich poziomach. Zobaczył wszystko, co dzisiaj się wydarzyło. Wszystko, czego nie powinien był zobaczyć, a co tak bardzo chciałam mu pokazać. Nie miałam siły siedzieć w tym sama. I za nic innego nie byłam Czarnemu Panu wdzięczna jak za to, że udzielił mi przyzwolenia. To krótkie zdanie przyzwolenia sprawiło, że w pewnej części to, co wcześniej mi zrobił, przestało mieć znaczenie. Teraz liczyła się tylko ta relacja między mną i profesorem. On, wpatrujący się z napięciem w moje zielone oczy, z których wypływały krokodyle łzy.
Nie wiedziałam, kiedy puścił moją brodę i przyciskał mnie do siebie z całej siły, nie zaprzestając penetracji mojego umysłu.
Zobaczył te wspomnienia przynajmniej cztery razy, zanim odsunął się ode mnie.
- Już widzę stronę tytułową jutrzejszego Proroka Codziennego.- powiedział cicho, dokładając drewna do ognia.- „Morderstwo w Hogsmeade- zemsta żony na mężu”.- zaśmiał się cicho do siebie.- Wirgardium Leviosa.- przelewitował pod kominek drugi z foteli.- Usiądź.- polecił mi.- Jesteś okropnie zimna.- w jego głosie dało się usłyszeć nutki szczerej obawy i troski, które sprawiły, że nawet nie śmiałam rozważać jego propozycji- od razu zajęłam przygotowane przez niego miejsce.
Myślał przez chwilę, przyglądając się, jak przechodzą mnie dreszcze, gdy moja lodowata skóra zderza się z falą gorąca z kominka.
Podszedł do sofy, z której wziął polarowy, ciemnozielony koc i okrył mnie nim.
Wyszedł z salonu.
Rozmyślałam, czy zamierza mnie zostawić samą, czy może, przeciwnie, zostanie ze mną.
Jednak moje wahania nie trwały długo, bo już po chwili pojawił się ze szklanką, wypełnioną jakimiś płynami. Przytknął mi różdżkę do czoła wypowiedział zaklęcie sondujące stan zdrowia. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym moim ciele.
- Temperatura twojego ciała do 34, 1 stopni.- powiedział i przełknął ślinę, próbując grać spokojnego.- Wypij to.- podał mi szklankę z przeróżnymi specyfikami.
Zrobiłam, co mi kazał i już chwilę później w drzwiach stał skrzat z tacą z parującym jedzeniem. Snape odebrał ją od skrzata i położył mi na kolanach. Był to dość spory kawałek lasagne i herbata.
- Zdążyłem wyczytać z twoich wspomnień, że ostatnim, co jadłaś był obiad dziewięć godzin temu.- wytłumaczył.
Jakby w odpowiedzi na cudny zapach mój żołądek się skurczył i dał o sobie znać. Wcześniej nawet na myśl mi nie przyszło, że powinnam coś zjeść.
- Bardzo panu dziękuję, profesorze.-  wyszeptałam zaskoczona i przytłoczona jego dobrodusznością. Wzięłam widelec, nóż i ukroiłam sobie kawałek dania. Nie zwróciłam uwagi na to, że Mistrz zdążył już sobie przysunąć drugi fotel do kominka i siedział teraz obok mnie. Podniosłam kęs do ust, ale opuściłam szybko rękę.- Wie pan…- spojrzałam na niego tak nieśmiało, jak jeszcze nigdy.- Ja nie wiem, czym by się to skończyło, gdybym nie mogła panu pokazać tego wszystkiego.- szeptałam.
- Co masz na myśli?- spojrzał na mnie podejrzliwie.
Zarumieniłam się. Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi mówić Snape’owi o takich rzeczach. Bądź, co bądź, to zawsze było jakieś wyjście.
- Basen w Łazience Prefektów jest dość głęboki, a Zakazany Las wystarczająco duży…- szeptałam.- Wystarczy, że nie wezmę różdżki i…
- Czy ty próbujesz powiedzieć, że rozważasz samobójstwo?!- przerwał mi. Wiedziałam, że podniosło się mu ciśnienie.- Nie bez powodu wybrano właśnie ciebie!- krzyknął.- Uważano, że twój charakter jest wystarczająco mocny, żeby pokonać to wszystko.
Spojrzałam mu w oczy.
- Nie byłabym w stanie tego sobie zrobić.- powiedziałam.- Nie, dopóki jest osoba, której mogę powiedzieć o wszystkim.
- Masz na myśli mnie…- zamyślił się.- Czyli te insynuacje o domniemanych planach samobójstwa są czysto teoretycznym podliczeniem ilości sposobów na dokonanie wyżej wymienionego czynu?- uniósł brew.
- Tak, dopóki…- znów nie dane mi było skończyć.
- Dopóki będziesz mi mówić o wszystkim.- skończył za mnie. Zamrugał parę razu oczami. Nie przyuważyłam, kiedy znalazł się na samym skrawku fotela, poddając się emocjom.- Jedz, bo wystygnie.- zmienił temat i ponownie usiadł wygodnie.
Zajęłam się w końcu lasagne. Była wyśmienita. Na moje kubki smakowe na pewno działało to, że byłam przeraźliwie głodna i również to, że miałam towarzystwo. I to jakie… Sam Mistrz Eliksirów, profesor Severus Snape siedział obok mnie i obserwował każdy mój ruch ręką, palcem, czy ustami. Nasze umysły na powrót były odcięte, więc nie znałam jego myśli. I chociaż część mnie zastanawiała się, nad czym on tak intensywnie myśli, ta druga część, większa i posiadająca zdrowy rozsądek nie miała najmniejszej chęci przekonywania się o temacie jego rozważań.
Zerwał się nagle z fotela, wyszedł do sypialni i już kilka sekund później wracał z niej, trzymając w ręce małą kopertę i paczuszkę.
Podał mi ją i zabrał jednocześnie talerz i opróżniony kubek. Oddał go wezwanemu uprzednio skrzatowi.
Znów zasiadł w fotelu, a ja przyglądałam się paczce ze zdumieniem. O co chodziło…?
- Profesor Dumbledore wyjechał dziś po kolacji i nie będzie obecny do końca tygodnia. Kazał mi to tobie przekazać z wyrazami podziękowania i powinszowania.- wytłumaczył.- Proszę otworzyć.- przypatrywał mi się.
Otworzyłam kopertę i wyjęłam list.

Droga Claudio,

Pragnąłem dać ci to osobiście, jednak zostałem zmuszony do wyjazdu. Dość nagłego, nie urywam. Mam nadziej, że Severus przekaże ci również upominek, który dołączam do moich życzeń urodzinowych. Gratuluję, jesteś już pełnoletnią uczennicą Domu Węża i spełniasz swoje marzenia. Czegóż mogę ci życzyć, zatem…? Bezpieczeństwa. Zdecydowanie życzę ci bezpieczeństwa. Myślę, że mój podarek jasno wyrazi moje drugie życzenie. Jesteś najwybitniejszą czarownicą, jaką dane mi było spotkać w mojej niekrótkiej karierze profesorskiej.  Dalszych sukcesów w nauce życzyć nie będę, bo oznaczałoby to, że musiałbym zatrudnić cię na miejsce wszystkich pozostałych profesorów. Osiągniesz to, co chcesz, bo taka jesteś.
Krócej, na zakończenie, wszystkiego najlepszego, panno Ringroyal.

Z wyrazami szacunku,
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwardzie
Profesor Albus Dumbledore


Zaskoczona uświadomiłam sobie, że mam dzisiaj osiemnaste urodziny.
Spojrzałam na profesora Snape’a, który zdawał się zauważyć, że zapomniałam o swoich najważniejszych urodzinach w życiu i z rozbawieniem wyczekiwał, aż otworzę podarunek. Ciekawski to on jednak był.
Rozerwałam ciemnozielony papier, przewiązany srebrną wstążką i moim oczom ukazało się pudełeczko. Otworzyłam je.
W środku był naszyjnik z białego złota, w kształcie serca i mała notka.

Jeżeli znajdziesz się blisko osoby, którą darzysz uczuciem, naszyjnik rozgrzeje się, a na nim zostanie wypisane imię ukochanej osoby.

Wzięłam serce w dłoń, ale było ono gorące, przez co wypuściłam je z rąk.
Spadło na ziemię.
Profesor schylił się i jednym szybkim ruchem podał mi je.
Trzymałam je za sam łańcuszek, a ono obracało się w świetle ognia.
Nagle zauważyłam, że coś na nim błysnęło. Zatrzymałam je, aby się nie ruszało i przybliżyłam je do oczy, aby zobaczyć napis. Snape razem ze mną próbował odczytać napis z serca. Chyba z czystej ciekawości, bo wiadomo było, że imię będzie należało do osoby, którą kocham. Tak naprawdę chciałam być w tej chwili chciałam być sama. Wiedziałam, co się ukaże, ale nie mogłam się nigdzie ukryć.
Napis zabłysł jeszcze bardziej.
Zarumieniłam się najbardziej w całym swoim życiu. Właściwie, byłam cała pokryta purpurą.
Oboje zobaczyliśmy mały napis na sercu.

Severus

Snape znieruchomiał, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Spojrzałam na niego nieśmiało, oczekując jakiejś reakcji.
Patrzył na mnie uważnie. Tym samym, twardym wyrazem twarzy, jednak w jego oczach coś się zmieniło.
- Chciał pan znać prawdę?- wyszeptałam bliska płaczu.- Za ciekawstwo trzeba płacić.
Podniosłam się z fotela i ruszyłam w stronę drzwi, aby jak najszybciej znaleźć się w samotności, z dala od mojego Severusa.
Nie zdążyłam jednak przekroczyć progu sypialni- laboratorium, bo zatrzasnął zaklęciem drzwi. Byłam uwięziona.
Spojrzałam przez łzy w jego oczy.


[*] Opieka Nad Magicznymi Zwierzętami

poniedziałek, 26 listopada 2012

Pokonani - 14. Opieka nad rannym, czyli wspomnienia w myśloodsiewnicy


14. Opieka nad rannym, czyli wspomnienia w myśloodsiewnicy.


Obudziłem się rano, czując przyjemne mrowienie na plecach.
Otworzyłem przeciągle oczy i ziewnąłem. Podniosłem głowę i z zaskoczeniem odkryłem, że obok łóżka, na moim laboratoryjnym fotelu śpi skulona Claudia. Spojrzałem na swoje nagie ciało i zakrwawioną pościel. Powoli zacząłem sobie wszystko przypominać…
Voldemort… wezwał mnie… Co było potem…? Ból. Tak… Potem był już tylko ból… Ile to trwało? Pamiętam, jak teleportowałem się do Hogwartu. I po tym nie pamiętałem już nic.
Usiadłem na łóżku i dotknąłem swoich pleców.
Rany były w stanie gojenia się. Na pewno nie wyglądały tak, jak powinny wyglądać dnia następnego bez żadnej pomocy.
Spojrzałem na nią.
Oddychała cicho. Nogi miała podkurczone, a głowę opierała na podłokietniku. Usta lekko rozchylone, naprawdę, prawie niezauważalnie. Rude włosy opadały jej na twarz.
Już wyciągnąłem rękę, żeby odsunąć je do tylu, ale zatrzymałem się w połowie drogi, obawiając się, że ją obudzę.
To ona  musiała się mną zająć. Tylko ona wiedziała o istnieniu maści…
Pamiętam… Lucjusza wezwał do siebie zaraz po tym jak wrociłem i… ona przeniosła mnie… przelewitowała… magią ręczną. Jeżeli nie doceniałem jej wcześniej, to już było to nieaktualne.
Westchnęła cicho przez sen.
Wstałem jak najciszej umiałem, żeby jej nie obudzić i pocierając lekko plecy, bo zaczynały pobolewać, skierowałem się do laboratorium, gdzie wypiłem Eliksir Rozjaśniający Umysł. Parę sekund później pamiętałem już wszystko.
Przeszedłem do łazienki i rzuciłem zaklęcie wyciszające. Wziąłem zimny prysznic i zdenerwowany zauważyłem, że zapomniałem wziąć z pokoju koszuli. Na szczęście o spodniach pamiętałem.
Otworzyłem drzwi do sypialni, które skrzypnęły.
Automatycznie otworzyła zaspałe oczy.
Podniosła się szybko, trochę zawstydzona i zarumieniona spuściła wzrok, próbując nie patrzeć na moją nagą klatkę piersiową.
- Dzień dobry, profesorze.- wyszeptała ochrypłym głosem i przeczesała ręką długie włosy, próbując je jakoś wygładzić.
- Dzień dobry, Claudio.- odparłem i podszedłem do komody, z której wyciągnąłem czarną koszulę.
Czułem jej wzrok na swoich plecach.
- Dzisiaj wygląda to o wiele lepiej.- stwierdziła cicho.
Zarzuciłem koszulę na siebie i podszedłem do niej, zapinając ją.
- Jestem pewien, że nie był to przyjemny widok.- powiedziałem.- Nie musiałaś tego robić.- stwierdziłem oczywisty fakt.
Uśmiechnęła się.
- Pan tak bardzo mi pomógł, gdy byłam w podobnej sytuacji, a w zasadzie w dalszym ciągu się w niej znajduję, więc…
- Dziękuję.- przerwałem jej. Podniosła zdziwiony wzrok. To prawda, nie często zdarzało mi się dziękować komukolwiek, a już na pewno uczennicy.
- Nie ma za co…- wydukała zawstydzona i zdziwiona.
- Byłaś tu całą noc?- zapytałem.
- Tak. Pomyślałam, że gdyby pan czegoś potrzebował…- zrobiła krótką przerwę.- Ja nigdy nie widziałam nikogo w takim stanie…- wyszeptała tak cicho, że ledwo co ją usłyszałem. W jej oczach ukazały się łzy troski i szczerości. Ona naprawdę się przejmowała.
Założyła ręce na piersiach i spuściła wzrok.  Był to gest, zapewniający jej poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Aż ręce mnie świerzbiły, żeby ją objąć i powiedzieć, że wszystko w porządku. Za miast tego jednak zmieniłem temat.
- Nigdy nie mówiłaś, że posługujesz się magią bezróżdżkową.- spojrzała na mnie zapłakana, zakłopotana i odrobinę przerażona.
- Myślałam, że pan nie będzie pamiętał…- wychlipała.
- Ja jednak wolę pamiętać.- powiedziałem.- To da ci dużą przewagę w Turnieju. Dlaczego wcześniej o tym nie wspomniałaś?
- Nie pytał pan. Jestem nauczona, żeby nie odpowiadać bez pytania.- patrzyła na mnie szklistym wzrokiem.
Rzeczywiście mogła się tego nauczyć przez sześć lat na moich lekcjach. Westchnąłem zrezygnowany.
Spojrzałem na zegar. Śniadanie zaczynało się za dziesięć minut.
- Proszę iść przygotować się do śniadania, panno Madelstone. Spotkamy się w Wielkiej Sali.
Kiwnęła lekko głową i wyszła z moich kwater.
Sięgnąłem za wieszak, aby założyć na siebie świeże szaty i nagle poczułem bolesne ukłucie. W pełnej nieświadomości padłem  na podłogę, zwijając się z bólu.



Gdy weszłam do pokoju wspólnego Slytherinu, wszyscy już gromadzili się, gotowi do wyjścia.
- Claudia!- usłyszałam Davida.
Odwróciłam się do niego.
- A ty gdzie tak wcześnie byłaś, co?- uniósł brew. Zaśmiałam się.- No co?
- Śledzisz mój każdy krok, czy co?- próbowałam powiedzieć to złośliwie, ale on już czuł, że mi nie wyszło.
Przyjrzał mi się uważnie.
- Płakałaś?
- Trochę…- szepnęłam. Przed nim i tak bym nic nie ukryła. Znał odpowiedź na swoje pytanie, zanim odpowiedziałam.
- Co się stało?- zapytał. Zdawał się naprawdę przejmować. Objął mnie ramieniem.
Spojrzałam na niego. Moje myśli były przed nim całkowicie zamknięte.
- Nie pytaj, jeśli nie chcesz bym kłamała, Dave…- odpowiedziałam smutno, wyrwałam się mu i podążyłam do swojego dormitorium.
Wiedziałam, że nie będzie dociekał. On już taki był. Zadziwiające, jak dobrze go poznałam w tak krótkim czasie.
Po prysznicu i spakowaniu torby oraz wciągnięci na siebie bielizny, rajstop i czarnej sukienki, wygodnych, płaskich kozaczków oraz szaty z emblematami Domu Węża udałam się na korytarz, owijając jeszcze szyję zielono srebrnym szalikiem. Dziś chciałam poczuć opiekę Salazara Slytherina jak najbliżej siebie.
W Wielkiej Sali ze zdziwieniem odkryłam, że profesor Snape nie siedział przy stole nauczycielskim, więc zdecydowałam się usiąść razem z moimi znajomymi.
W zasadzie nie rozmawialiśmy o niczym ciekawym. Już pół godziny później stałam pod Salą Eliksirów. Teraz lekcje miał mieć czwarty rok Ravenclaw i Hufflepuff’u.
Drzwi były zamknięte. Czekałam razem z Krukonami i Puchonami, w końcu miałam pomagać w czasie lekcji Snape’owi, jak dzień wcześniej. Minęło pięć minut. Snape się nie pojawił. Kolejne pięć. Dalej nic.
Wyciągnęłam różdżkę i otworzyłam drzwi, zaklęciem zabezpieczającym, które znałam tylko ja i on.
- Zapraszam do klasy.- powiedziałam, zastanawiając się, czy postępuję właściwie.
Uczniowie weszli bez pytań i zajęli swoje stałe miejsca. Ostatni zamknął drzwi. Ja w tym czasie wchodziłam na podwyższenie, gdzie stanęłam przy swoim biurku i wyciągnęłam swoje rzeczy.
Podeszłam do biurka Snape’a, żeby zobaczyć jego planową rozpiskę eliksirów na dziś.
To, co robiłam było zdecydowanie nieodpowiedzialne. W Sali Eliksirów zawsze mogło wydarzyć się wszystko, co najgorsze. Miałam w pamięci Sylvestra. Ale czy ja się tym przejmowałam?
- Podręczniki, strona 238. Proszę przeczytać treść, następnie przystąpić do formułowania wniosku z tekstu.
Usiadłam na swoim krześle i rozmyślałam, gdzie mógł się podziać Mistrz Eliksirów. Nie zdarzyło się, żeby nagle znikał bez powiadamiania dyrektora i dawania zastępstwa. To nie było możliwe…

- Gdzie pan  jest, profesorze…?- zapytałam go w myślach.
Odpowiedziała mi tylko cisza.

Przyglądałam się uważnie uczniom. Obok jego planu lekcji miałam zapisaną liczbę uczniów. Przeliczyłam wszystkich, okazało się, że nikogo nie brakowało.
Westchnęłam. Mój niepokój narastał.

- Profesorze, co się stało?- ponowiłam próbę skontaktowania się z nim.
Bezskutecznie.

Obserwowałam ich, rzucając co raz bardziej nerwowe spojrzenia. Niektórzy z nich przyglądali mi się badawczo. Na pewno zastanawiali się, dlaczego rządzi mną poddenerwowanie i irytacja.
Nie zauważyłam, kiedy moje palce zaczęły stukać rytmicznie o blat biurka. Moja noga także podrygiwała nerwowo.
Minęło dwadzieścia minut lekcji.
Nie wytrzymałam.
Wstałam, zarzuciłam szatą i zeszłam z podestu. Kierowałam się do drzwi, przy których się zatrzymałam.
- Możecie już iść.- powiedziałam, a oni wszyscy zdziwieni przenieśli na mnie wzrok.- To nie jest żart. Formułowanie wniosku macie skończyć jako pracę domową. Na za tydzień referat dotyczący zależności między dodawaniem składników płynnych i składników- ciał stałych. Z polecenia profesora Snape’a.- zaczęli się zbierać, narzekając na kolejny referat.
Co prawda nigdzie nie znalazłam zapisków o planach profesora, co do zadania takiego referatu, ale pamiętałam, że przy przerabianiu tego tematu pisałam taki referat.
Wychodzili z Sali wyjątkowo wolno, ale w końcu wszyscy się rozeszli na swoje następne zajęcia. Mieli jeszcze pół godziny.
Zabezpieczyłam Eliksirownię tym samym zaklęciem, którym ją wcześniej otworzyłam i udałam się prosto pod jego laboratorium.
Zapukałam .
Nic.
Zapukałam ponownie, głośniej.
Dalej nic.
W myślach przeklęłam siebie za to, co zamierzałam zrobić i dotknęłam ściany w miejscu, gdzie powinna znajdować się niewidzialna klamka. Nacisnęłam ją i drzwi się uchyliły. Nie były zamknięte.
Nie powinnam była tego robić.
Weszłam do środka i aż krzyknęłam przestraszona.
Profesor był czarnym kłębkiem, leżącym na środku podłogi w przejściu między laboratorium a sypialnią.
Podeszłam do niego szybko, zatrzaskując głośno drzwi. Był nieprzytomny.
Odwróciłam go na plecy, zdarłam z niego koszulę, potem znów odwróciłam go na brzuch. W tej pozycji, przy użyciu odpowiedniego zaklęcia przeniosłam go na łóżko.
Jego plecy znów krwawiły.
W laboratorium umyłam ręce, wzięłam różdżkę, miskę z wodą, ściereczkę, maść, Eliksir Leczący Rany i Eliksir Przeciwbólowy.
Ręcznie, wilgotną ściereczką oczyściłam rany i plecy z krwi, która cały czas się sączyła. Oddychał ciężko. Nasmarowałam plecy maścią i poczekałam, aż się wchłonie. Przekręciłam go na plecy i otarłam jego twarz zroszoną potem, spowodowany bólem. To samo uczyniłam z jego klatką piersiową.
Był bardzo dobrze zbudowany. Niemal idealnie. Bardzo blady, ale jego mięśnie wyraźnie się odznaczały.
Wycelowałam w niego różdżką słaby impuls elektryczny.
Od razu otworzył oczy, a ja podsunęłam mu do ust fiolkę najpierw z jednym eliksirem, potem z drugim. Przełykał chyba jeszcze nieświadomy, co się z nim dzieje, dlatego przywołałam jeszcze Eliksir Rozjaśniający Umysł i także mu go podałam. Zdawał się odzyskać pełną świadomość w paręnaście sekund.
Spojrzał na mnie i próbował się podnieść, ale mu nie pozwoliłam, kładąc delikatnie ręce na jego ramionach i dociskając do łóżka. Zadziwiająco szybko się poddał i już leżał, przesuwając się, żeby zrobić mi miejsce. Usiadłam obok niego.
- Wolałbym, żebyś następnym razem nie przychodziła. Nie lubię mieć długów.- chyba próbował być zabawny, ale szczerze, Snape i bycie zabawnym?!
- W tej chwili to ja się panu odwdzięczam, profesorze. Nigdy nie będzie odwrotnie.- spuściłam wzrok na jego klatkę piersiową. Oddychał już spokojniej.
Zaśmiał się cicho.
- Cóż, panno Madelstone, zapewniam, że dobrze wykonujesz swoją powinność.- uśmiechnął się. Mieszanka eliksirów musiała podziałać na niego naprawdę rozluźniająco.
Ja też się uśmiechnęłam.
- Zmartwiłam się, gdy nie przyszedł pan na lekcje.- zobaczyłam bardzo lekką panikę w jego oczach. Zabłysły tak charakterystycznie, próbując ukryć wszystko, co odczuwał.- Proszę się nie martwić.- uspokoiłam go.- Kazałam im przeczytać twierdzenia, które miał pan zapisane na harmonogramie dnia i zapisać wnioski jako pracę domową. Pozwoliłam sobie zadać im referat na następny tydzień, mimo iż nie było o nim żadnej informacji. Pamiętałam, że na czwartym roku pisałam wypracowanie w odniesieniu do tematu dzisiejszej lekcji.
- Jaki temat?- zapytał lekko stłumiony moim sprawozdaniem.
- Zależności między dodawaniem składników płynnych i składników- ciał stałych.- odpowiedziałam.
- Rzeczywiście w pamięci miałem polecenie wykonania go.- mrugnął kilka razy.- A kto dał ci upoważnienie do prowadzenia lekcji?- uniósł jedną brew
Zamarłam. Nic nie odpowiedziałam.
- Nie było żadnych eliksirów na lekcji?- upewnił się.
- Nie, profesorze. Nigdy bym na to nie pozwoliła.- zaprzeczyłam szybko.- Czytali tylko podręcznik.
- Dobrze w takim razie.- uśmiechnął się i skinął głową.
Nastała krótka cisza, którą przerwałam.
- Jako Prefekt Naczelna Hogwrtu powinnam zgłosić profesorowi Dumbledor’owi, że jest pan niezdolny do pracy w dniu dzisiejszym. Musi mieć czas na wyznaczenie zastępstw.
- Użyj systemu kominków. Są połączone.- odparł, a ja wstałam i podeszłam do drzwi od salonu.
- Proszę się stąd nie ruszać.- uśmiechnęłam się niewinnie i zniknęłam w głębi pokoju.
Po wzięciu garści proszku Fiuu z małej miseczki, zniknęłam w obłokach dymu, wypowiadając dokładnie nazwę miejsca, do którego zmierzałam.
Gdy wyszłam z obłoków dymu w biurze dyrektora, brodaty starzec wydawał się być zaskoczony moim nagłym pojawieniem się.
- Dzień dobry, profesorze.- zaczęłam.- Przepraszam za moje niespodziewane i nieformalne przybycie, ale sprawa jest poważna.
Spojrzał na mnie uważnie i pokiwał głową na znak, bym kontynuowała.
- Czy wie pan o wczorajszym wezwaniu profesora Snape’a przez Sam- Pan- Wie- Kogo?- zapytałam i stanęłam przed jego biurkiem. Usiadł prosto.
- Owszem. Severus wspominał, że będzie musiał udać się do Niego wczoraj wieczorem. Skąd ty o tym wiesz?
- Również zostałam poinformowana.- powiedziałam szybko. Nie chciałam zdradzać, że opiekunem na moim szlabanie/ praktykach miał być Lucjusz Malfoy. Byłam pewna, że akurat tego dyrektor nie wiedział.- Wczoraj zastałam profesora Snape’a w bardzo złym stanie. Zajęłam się nie należycie i wydawać się mogło, że dziś będzie w pełni sił, jednak nie zjawił się na śniadanie i pierwszą lekcję. Poprowadziłam ją za niego, ale zaniepokojona jego zniknięciem postanowiłam udać się do jego kwater, to znaczy laboratorium.- Dumbledore uważnie słuchał.- Tam zastałam go nieprzytomnego i wymagającego natychmiastowej pomocy, jaką oczywiście udzieliłam. Przybyłam siecią kominków za pozwoleniem profesora Snape’a, aby poinformować o jego niezdolności do pracy w dniu dzisiejszym.- zakończyłam swój wywód.
Dyrektor się uśmiechnął.
- Cóż to za oficjalny język, Claudio?- zaśmiał się.
- Proszę wybaczyć, profesorze, ale niepokoję się stanem profesora Snape’a. Nie mam pewności, co dzieje się z nim w tej chwili.
- Doskonale cię rozumiem.- pokiwała głową.- W takim razie, skoro wiesz jak zajmować się Severusem, nie mam innego wyjścia jak oddelegować cię do niego. Ze względu na tajemnicę, jaką jest objęta wasza działalność konspiracyjna, nie mogę przysłać do niego Poppy Pomfrey. Wyznaczę zastępstwa. Jesteś zwolniona z lekcji. Dziękuję za opiekę nad nim, panno Madelstone. I bezinteresowne zainteresowanie się sprawą.- zaśmiał się.- 10 punktów dla Slytherinu.
- Dziękuję, profesorze.
Przebierałam nerwowo nogami, chciałam już wrócić do Mistrza.
- Do zobaczenia, Claudio. Widzę, że naprawdę jesteś zmartwiona. Powinnaś już iść.- skinął głową w kierunku kominka.
Uśmiechnęłam się wdzięczna i w paręnaście sekund znów znalazłam się w salonie profesora.
Weszłam do sypialni, a on leżał tak, jak go zostawiłam. Oczy miał trochę żywsze, oddychał z łatwością. Twarz nie wyrażała już bólu. Uśmiechnęłam się zadowolona, że czuje się lepiej.
- I jak?- zapytał jakby od niechcenia.
- Zostaną wyznaczone zastępstwa, a ja zostałam pana osobistą pielęgniarką.- zarumieniłam się.
- Nie musisz nade mną siedzieć. Może iść do komnat Slytherinu.- powiedział.
- Nie umiałabym usiedzieć spokojnie. Cały czas odczuwałabym niepokój.- moje policzki pokryły się purpurą.
- O moją osobę, panno Madelstone?- zaśmiał się.
- Owszem, profesorze.- odpowiedziałam cicho, patrząc mu w oczy. Zrozumiał, że nie żartuję.
Zajęłam miejsce na skraju łóżka i przyjrzałam się mu uważnie i z troską.
Zmienił temat.
- Sprawdziłaś wczorajsze ćwiczenia?- zapytał.
- Tak, profesorze.- spuściłam wzrok na  jego ciało, nie umiałam wytrzymać napięcia w jego oczach.
Podświadomie czułam, że nie powinnam widzieć swojego obnażonego do połowy profesora, ale, do cholery jasnej, na plaży widzi się gorsze rzeczy!!!
- Pomóc panu się przykryć?- zapytałam z nadzieję, że odpowie twierdząco.
- Nie jest mi zimno. Eliksiry działają rozgrzewająco.- odrzekł chyba nie rozumiejąc aluzji. Albo lubił patrzeć jak się męczę… Lub jedno i drugie.- Wydajesz się odczuwać dyskomfort. Możesz wyjść w każdym momencie. Nic mi nie jest…
- Nie, profesorze.- przerwałam mu i przykryłam swoją dłonią jego. Przerwałam Snape’owi…?!!!- Nie wyjdę. Może się panu tak nie wydawać, ale naprawdę jest pan w złym stanie.
…A on mnie nie ochrzanił?!!!
Przyjrzał mi się. Jego dłoń lekko ścisnęła moją i natychmiast puściła, jak oparzona.
Zasmuciłam się trochę. Jestem pewna, że zauważył mój niezdefiniowany wyraz twarzy.
Patrzyłam w czarny, kojący ocean jego oczu.
Przygryzłam dolną wargę, myśląc o tym, że nie zachowałam się kulturalnie.
Westchnął.
- Jak podobała ci się współpraca z panem Golthiciem?
Do stu hipogryfów, on usiłował nawiązać rozmowę!!!
- David jest w moim wieku, dobrze nam się rozmawia.- odpowiedziałam szczerze.- Teraz, gdy wszyscy są na Wymianie, trzymam się z nim, Julce i Claudiusem.
- Pan Golthic, panna Sommers i pan Downey? Naprawdę wydają ci się być odpowiednim towarzystwem?- uniósł brew.
- Cóż, profesorze, przez ten czas zauważyłam jedną, najważniejszą rzecz w Domu Węża. Która nie ukrywam, bardzo mnie cieszy i mi się podoba.- dodałam szybko.- Wszystkie pozostałe Domu sprzysięgły się przeciw Slytherinowi. Jest on zarezerwowany dla przebiegłych, sprytnych osób z arystokratycznych rodzin. Choć bywają wyjątki. Są w nim zawsze czarodzieje czysto krwiści lub przynajmniej półkrwi. Nigdy nie skaził go szlam.- Snape lekko się uśmiechnął na moje słowa.- Między Ślizgonami jest zawiązana niepisana umowa o wierności i lojalności wobec siebie. Myśli pan, że dlaczego obroniłam Claudiusa, choć technicznie rzecz biorąc, zawinił? Już nie wspominając o tym, że w zasadzie nie identyfikuję się z moimi wychowankami?- zapytałam, ale nie czekałam na odpowiedź.- Wszyscy jesteśmy związani ze sobą, bo wiemy, że mamy tylko siebie.- zrobiłam krótką przerwę.- Jest pan opiekunem najbardziej zgranego i zgodnego Domu w całym Hogwardzie, o czym nie powinno się mówić głośno przy innych. Profesorze, być może nie powinnam tego panu mówić, ale każdy doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że faworyzuje pan swój Dom jak żaden inny opiekun.
- Mam przestać?- zapytał lekko rozbawiony.
- Ależ nie!- zaśmiałam się.- Próbuję tylko powiedzieć, że jest pan naszym jedynym sprzymierzeńcem w Hogwardzie.
- Wielu profesorów cię lubi.- wyznał szczerze, ale od razu zauważyłam, że przyznał się przed sobą do popełnienie błędu.
Uśmiechnęłam się.
- Owszem, lubili mnie, ale to już tylko forma przeszła. Prawdą jest, że mieszkańcy tej szkoły nie trawią koloru zielonego, profesorze. Jednak to tylko sprawia, że chcę go nosić z większą dumą, dając im tym znać, że nie wiedzą, co tracą.
Pomyślał przez chwilę.
- Jak brzmi twoje prawdziwe nazwisko?- zapytał zamyślony.
- Nazywam się Claudia Luna Dmitriana Madelstone- Ringroyal, profesorze.- odpowiedziałam.- Proszę się nie dziwić, że nie przedstawiam się moim prawdziwym nazwiskiem.
Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Czyli tak naprawdę wywodzisz się z rodu Ringroyal?
- Owszem.- skinęłam głową.
- Więc dlaczego używasz innego nazwiska?
- To pełne nazwisko matki. Tessa Madelstone- Ringroyal. Moja mama pochodzi z mniej majętnego, przez co mniej ważnego rodu. Nie dziwię się, że pan go nie zna. Mój ojciec to Quentin Ringroyal, w skrócie oczywiście.- uśmiechnęłam się.
- Znam twoich rodziców. Byliśmy na jednym roku. Podobna sytuacja, co twoja. Oboje czysto krwiści i oboje poza Slytherinem. Twój ojciec- Hufflepuff, a matka- Ravenclaw, jak się nie mylę.
- Jest pan bezbłędny.- stwierdziłam.
Pomyślał przez chwilę.
- Byliśmy wtedy z Lucjuszem tak samo wściekli, jak kilka lat temu Draco…- wspominał, ale zaraz dodał po zobaczeniu mojego pytającego wzroku.- Że w innych Domach są arystokraccy czarodzieje, którym musimy wymyśleć osobne wyzwiska. Nie, żeby było to coś osobistego, ale…- zaczął się tłumaczyć, ale ja się tylko głośno zaśmiałam, odrzucając głowę do tyłu.
- Profesorze, ależ ja doskonale rozumiałam wtedy Draco i wcale nie mam panu za złe, że przezywał pan moich rodziców. Przecież robię teraz to samo. W końcu jestem Ślizgonką.
Uśmiechnął się dumnie.
Analizował w głowie coś bardzo intensywnie.
- Przynieś z salonu moją myśloodsiewnicę.- powiedział, a sam sięgnął po różdżkę.- Chcę ci coś pokazać.
Wstałam i szybko przyniosłam wskazany przedmiot, który stał na widoku.
Upuściłam go w powietrze obok łóżka Snape’a, a misa od razu zaczęła się unosić lekko w górę i lekko w dół.
Mistrz Eliksirów użył swojej różdżki do wyciągnięcia z głowy wspomnień, które chwilę później rozpłynęły się w naczyniu.
- Idziemy razem?- zapytałam dla pewności.
- Tak.- potwierdził.
Oboje zanurzyliśmy się we wspomnieniach Postrachu Hogwartu.

Znajdowaliśmy się na stacji kolejowej, do której właśnie dojeżdżał Hogwart Express. Zauważyłam prostą i czarną postać w mroku wieczoru, wyraźnie poirytowaną wrzeszczącymi pierwszoroczniakami, którzy właśnie wychodzili z pociągu.
- To pan!- odezwałam się do półnagiego Snape’a stojącego obok mnie.
- Owszem. Nie była to zbyt błyskotliwa uwaga, panno Ringroyal, jeśli mogę tak do ciebie mówić. Wolałbym zwracać się prawdziwym nazwiskiem.- skarcił mnie uśmiechając jednocześnie, przez co nie wiedziałam, co sobie o tym pomyśleć.
- Oczywiście, profesorze.- odpowiedziałam z konsternacją.
- Po powrocie upewnię się także, że inni również będą się do ciebie zwracać należycie.- powiedział.
Uśmiechnęłam się. W zasadzie zdecydowanie wolałam moje rodowe nazwisko niż panieńskie mojej matki.
- Byłabym wdzięczna.
- Naturalnie dozgonnie…- zaśmiał się.- Patrz teraz.- wskazał na trzecie drzwi, z których wydostawali się uczniowie.
Zobaczyłam głowę pokrytą włosami do ramion o kolorze rdzy. Twarz małej dziewczynki była spokojna i na pewno wyrażała wyrafinowanie. Szła z dumą przed siebie.
- To ja.- zrozumiałam.

- Pierwszoroczniacy, za Hagridem kierują się do przystani, skąd udadzą się do szkoły gondolami!!!- krzyczał profesor Snape.- Reszta za mną, do powozów, jak zawsze!

Uczniowie natychmiast się rozdzielili i ta zdecydowanie mniejsza, około sześćdziesięcioosobowa grupa podążyła za mężczyzną dużej postury, zdecydowanie bardzo rozpoznawalną osobą Hogwartu, gajowym, Hagridem.
Snape zniknął nam z oczu w tłumie reszty uczniów.
Podążyłam za moim profesorem w kierunku przystani. Szliśmy za mniejszym wcieleniem mnie.

- Hej! Ruda!- usłyszeliśmy głośne warknięcia za małą Claudią. Odwróciłam głowę i od razu poznałam, kto to był.
„Mniejsza ja” też odwróciła głowę.
- Czego chcesz, albinosie?- syknęła.
Blondyn uśmiechnął się jadowicie.
- Widzę, trafiłam w drażliwy punkt, co?- zaśmiała się chłodno i odeszła parę kroków, ale on ją dogonił.
- Jestem Malfoy.- przedstawił się.- Draco Malfoy.
- Claudia.- odpowiedziała.- Claudia Madelstone. Ale dla takich dupków jak ty, Claudia Ringroyal.- odparowała.
Draconowi wydawał się co raz bardziej podobać charakter dziewczynki.
- Jesteś z Ringroyal’ów?- zapytał z lekkim zdziwieniem.
- Natomiast ty dokładnie pasujesz na Malfoya.- odpowiedziała i poszła zostawiając go, stojącego bezczynnie, gdy inni go mijali.

Zastanawiałam się, skąd Snape posiada to wspomnienie, skoro go tam nie było, jednak już po chwili stwierdziłam, że tamtejszy, młodszy profesor Eliksirów stoi już tuż obok blondyna.

- Mówiłeś, że to ja będę gwiazdą Hogwartu!- powiedział mały Draco z wyrzutem do swojego ojca chrzestnego.
- Nie spodziewałem się, że młoda Ringroyalówna będzie taka wyszczekana, Draco.- odpowiedział bezuczuciowo.- Chyba możesz się podzielić koroną z kimś inny, co?- zaśmiał się głęboko.
Blondyn spojrzał na niego z wzrokiem mordercy.
- Jest tylko jedno wyjście.- wysyczał Malfoy.- Pozbycie przez zdobycie.- zmrużył oczy.
- Przyznaj, Draco, że spodobała ci się od samego początku.- Snape znów się zaśmiał.- Masz prawie jedenaście lat, nie jesteś małym chłopcem i oboje wiemy, co cię czeka. Ani u Black’ów, ani u Lestrange’ów nie ma dziewczyn w twoim wieku. Radzę ci być dla niej znośnym. To teraz jedna z kandydatek na twoją żonę, jaką z Lucjusem rozważaliśmy. Wysoka pozycja ojca w Ministerstwie, ród równie stary, co Malfoy’ów.- spojrzał na niego.- Mówiąc wprost, partia nie do przebicia i nie taka łatwa do zdobycia. Będziesz musiał trochę pomóc swojemu szczęściu.- Snape poklepał wyraźnie wstrząśniętego informacjami blondyna i odszedł w stronę przystani, gdzie już ostatnie osoby wchodziły na gondole.
Draco dołączył do niego.

Lecieliśmy w dół pomiędzy obrazami, do nowego wspomnienia mojego Mistrza.

Tym razem byliśmy w Wielkiej Sali. Od razu zorientowałam się, że trwa przypasowywanie do Domów. Staliśmy za siedzącymi Dumbledorem i Snape’m.
Na stołku, na środku pomieszczenia siedział blondyn, Draco, rzecz jasna. Młodszy od „aktualnego” siebie o sześć lat.

- Draco Lucjus Malfoy…- Tiara udawała, że się zastanawia, ale tak naprawdę, przecież werdykt był oczywisty.- Slytherine!!!- wrzasnęła, a młody Malfoy, dumny i niczym niezaskoczony zeskoczył ze stołka i udał się do ostatniego stołu, wiedząc, że to była tylko czysta formalność.
- Następna jest Claudia Luna Dmitriana Madelstone- Ringroyal.- przeczytała moje strasznie długie nazwisko profesor McGonagall.
„Młodsza ja” podeszła do taboretu i na nim usiadła. Była bardzo skoncentrowana.
Profesor Transmutacji nałożyła jej Tiarę Przydziału na rdzawo- rude włosy.
Profesor Snape wychylił się nieznacznie i spuścił wzrok na swój kielich z winem.

Jasne się dla mnie stało, że używał zaklęcia wyostrzającego słuch, aby podsłuchać ciche szepty czapki.

- Panna Ringroyal…- szeptała Tiara. Tylko ruda mogła ją usłyszeć. I my, naturalnie, jako, że Snape wszystko podsłuchał.- Gdzie by cię tu dopasować… Mała lisica… Przebiegła, mądra… Odważna… Slytherine…- wysyczała jej do ucha.
Widziałam, jak się uśmiecham. Widziałam, jak Snape się uśmiechał. W sumie nie wiedziałam, kto jest bardziej zadowolony z werdyktu Tiary.
- Gryffindor!!!- wrzasnęła czapka, a sen małej Claudii prysł jak bajka mydlana.
Wstała na chwiejnych nogach i obróciła się w stronę najczarniejszego z pośród profesorów Hogwartu. Potem z takim samym wyrzutem zerknęła na Malfoy’a, który nie za bardzo mógł się pogodzić z myślą, że jedyna osoba, jaką bez zastanowienia przypasowałby do Domu Węża, zmierza w kierunku czerwono- złotego Domu Godryka Gryffindora.

Dziwne, bo sama nie wiedziałam, że wtedy spojrzałam po raz pierwszy w oczy profesora Snape’a, ani na Draco. Byłam przekonana, że powodem była chęć zapomnienia tego momentu mojego życia i w pewnym sensie ogromny szok, spowodowany decyzją Tiary.

- Nigdy ci tego nie wybaczę…- wysyczała lisica w kierunku Tiary.

Szczerze powiedziawasz, tego również nie pamiętałam.

Znowuż lecieliśmy tunelem obrazów, zmierzając do jakiegoś konkretnego.

Znajdowaliśmy się nagle w Sali Eliksirów. Pierwszy dzień szkoły. Pierwsze dwie lekcje. Pierwsze podwójne Eliksiry. Slytherin vs. Gryffindor.

- W takich parach będziecie siedzieć do końca roku.- ogłosił znudzony Snape. Naprawdę nienawidził pierwszorocznych.- Zabini i Sommers. Hilmon i Thomson.- mówił, a pary zajmowały kolejno ławki. Nie było żadnej mieszanej pary, między Domami. Oprócz jednej.- Dur i Cavannios. Przedostatnia para, Random i Olivia Jerkins oraz Malfoy i Madelstone. Cóż za literowe dopasowanie…- westchnął.
Claudia spojrzała na Dracona i razem, wiedząc, że nie mają wyjścia, usiedli razem w jednej ławce.
Lekcja się rozpoczęła.
Malfoy nie wytrzymał.
- Masz w Gryffindorze sam szlam, Wiewióro.- zaśmiał się cicho.
- Prawie.- poprawiła go.- Fretko… Zniżasz się do porównywania do zwierząt, Malfoy? Myślałam, że Malfoyowie mają jeszcze jakiś honor.- wyśmiała go.
- Bo. Mają.- odpowiedział przez zaciśnięte zęby, wściekle.
- Cóż, chyba jak go rozdawali, to musiałeś stać w kolejce po złośliwość i dupkowatość.- zaśmiała się.
- Tak bardzo mnie korci…- syczał blondyn.
- Do nazwania mnie szlamą, Malfoy?- przerwała mu, co poirytowało go jeszcze bardziej.- I vice versa.- szepnęła i spojrzała w jego stalowe, zimne oczy, kipiące ze złości.
Pierwszy raz zobaczył, jak głęboka zieleń widnieje na jej/ moich tęczówkach.

Wcześniej (sześć lat temu) nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz wyraźnie widziałam podziw na twarzy Mistrza Eliksirów, który uważnie przysłuchiwał się wymianie zdań rudej i blondyna, udając, że czyta jakąś książkę. Nie mogłam tego wcześniej wiedzieć, bo byłam zbyt pochłonięta drażnieniem się z Draco, który nie dawał za wygraną.

Kolejny raz mijały nas przeróżne obrazy i dźwięki.

- To ostatnie wspomnienie.- powiedział do mnie „prawdziwy” Snape.- Czwarty rok, poniedziałek.- zapowiedział.
Ponownie znajdowaliśmy się w Sali Eliksirów, ale tym razem wszyscy, zarówno z Gryffindoru jak i ze Slytherinu, byli starsi, wyżsi i bardziej pewni siebie.

- Zamknij, się, Madelstone!- krzyknął blondyn, siedzący w ostatniej ławce z, trochę doroślejszą niż poprzednio, wersją mnie.
- Sam się zamknij, Malfoy!- dziewczyna zmrużyła oczy i wycelowała w niego różdżką.- Robię wszystko dobrze, cholerny albinosie!
- Zaraz wszystko spieprzysz, jeśli to dodasz, czysto krwista szlamo!!!- chłopak nie był jej dłużny i też celował do niej swoją różdżką.
Cała sala zamilkła, każdy wpatrywał się w nich i w plecy profesora Snape’a zastanawiając się, co teraz zrobi postrach szkoły, który znalazł się przy dwójce skłóconych w parę sekund.
- Oboje po dwadzieścia punktów!- krzyknął, zabierając im różdżki.- Madelstone! Szlaban u Filcha 20.30. Malfoy! Szlaban u mnie. Również 20.30.
Zasiadł na swoim miejscu.
Oni także usiedli.
- Arystokratyczny dupek!- warknęła ruda.
- Arystokratyczna idiotka!- odwdzięczył się blondyn.
- Panie Malfoy!!!- zagrzmiał głos Snape’a zza nauczycielskiego biurka.- Składnik, który chciała dodać pańska koleżanka był jak najbardziej poprawnym. Proszę zastanowić się nad własnym poziomem inteligencji, a nie osądzać cudzy.- dokończył spokojnie.
Draco poczerwieniał dusząc w sobie złość aż do koniuszków uszu.

Akcja trochę przyspieszyła. Minęliśmy dwukrotnie Wielką Salę, w pewnym momencie prywatne kwatery profesora. Mignęła mi przed oczami prosta i wysoka sylwetka Lucjusza Malfoy’a i przerażająca twarz Voldemorta i… znów byliśmy w Sali Eliksirów.
- Wtorek. Dzień później.- uprzedził mnie mój Mistrz.
Uczniowie wchodzili do klasy wyraźnie przestraszeni jakąś informacją. Ich miny wyglądały, jakby zastanawiali się co to będzie po tym końcu świata.
Już niedługo zrozumiałam.

Do Sali jako ostatni weszli ta sama Gryfonka i ten sam Ślizgon, idąc pod rękę.
Usiedli w swojej ławce na końcu Sali.
Snape, siedzący za biurkiem obleciał przelotnie wzrokiem po uczniach i zatrzymał się na wyżej wymienionej parze.
- Dzisiaj robicie Eliksir Wigennowy.- powiedział, podejrzliwie patrząc się ostatniej dwójce.
Wkrótce prace się rozpoczęły, ale Snape nie spuszczał z oczu Claudii i Draco.
W zasadzie, przysłuchiwała się im cała klasa.
- Mógłbyś mi podać ślaz Gumochłona, Draco.- zapytała szepcząc dziewczyna. Tak, żeby nie przeszkadzać innym.
- Proszę bardzo.- chłopak wykonał jej prośbę.
Claudia miała zaczerwienione oczy, czego nawet puder nie mógł zakryć. Oczy Dracona również wydawały się lekko zaróżowione.
- Draco…- zaczęła.
- Tak?
Był nadwyraz kulturalny.
Już się domyślałam, co to był za dzień.
- Spotkamy się później na błoniach? Chciałabym się przejść po obiedzie w dobrym towarzystwie.- uśmiechnęła się niewinnie.
- Jak sobie życzysz.- odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy.
- Dziękuję…

Tym, czego nie zauważyłam dwa lata wcześniej było to, że profesor Snape przetarł oczy ze zdziwienia. Chyba tak samo jak każdy inny, znajdujący się w tamtej chwili w Sali Eliksirów.


Po krótkiej podróży w dół tunelu znów znaleźliśmy się w sypialni profesora Snape’a. niby nic się nie zmieniło, przecież to były mi bardzo dobrze znane wspomnienia, może poza paroma szczegółami… Ale teraz były ukazane w innym świetle. W całkiem innym świetle…